- Właśnie wylądowaliśmy w Mediolanie. Jest godzina 22, czekamy jeszcze na bagaże. Potem autobus. Dojedziemy najwcześniej na północ. Ruszyliśmy o 13. Jedzenie? Tylko to, co da się kupić na lotnisku. Właśnie się zastanawiamy co robić. Jeść tutaj, czy może zatrzymać się po drodze. Ale czy znajdziemy jeszcze coś porządnego do jedzenia o tej porze - powiedział nam wyraźnie zirytowany dyrektor polskiej reprezentacji Mariusz Szyszko. 

 

Po zwycięskim meczu z Serbami, wydawało się, że Biało-Czerwonych czekają trzy dni względnego odpoczynku. Dzień podróżny z Bułgarii do Włoch żadnych odpoczynkiem jednak nie był. Okazał się koszmarem. Rozpoczęło się od godzinnego opóźnienia na lotnisku w Warnie. Obrońcom tytułu udało się jednak dotrzeć do Sofii, a stamtąd błyskawicznie przesiąść się do samolotu w kierunku Mediolanu. Na tym kłopoty się jednak nie skończyły. Po wylądowaniu we Włoszech okazało się, że Polacy będą musieli poczekać jeszcze na autokar, który dowiezie ich do Turynu.

- Niby samolot z Sofii do Mediolanu nie był mały, ale miejsca między siedzeniami było, jak kot napłakał. Ja nie jestem wysoki, ale męczyłem się jak diabli. Chłopaki naprawdę cierpieli. Razem z nami pokładzie znaleźli się Serbowie i Amerykanie. Ci pierwsi już w środę rozegrają pierwsze spotkanie z Włochami. Nie są z tego powodu szczęśliwi - dodaje Szyszko. 

- Na szczęście wszyscy poza zmęczeniem czują się w miarę ok. Nikt nie narzeka na urazy. Michał Kubiak zwalczył już przeziębienie - kończy dyrektor reprezentacji.