Trener Stawski opowiedział o rodzeniu się w bólach drużyny, sensacyjnym wiceliderze, który w sobotę zagra z liderem Rakowem.

 

Bożydar Iwanow: O tym, że strategiczny sponsor, firma Drutex wycofuje się z finansowania klubu dowiedzieliście się na dwie kolejki przed końcem sezonu. Jakie towarzyszyły ci myśli?

 

Adrian Stawski: Ta wiadomość spadła na nas jak grom z jasnego nieba. W poniedziałek mieliśmy dopinać ułożony plan na cały następny sezon, a okazało się, że możemy nie wystartować w 1 Lidze. By tak się stało, potrzebne były gwarancje finansowe aby otrzymać licencję. Ale jak zorganizować dwa miliony złotych przez dwa tygodnie, bo tyle mieliśmy na to czasu? Na szczęście wszyscy na czele z prezesem klubu panem Januszem Wiczkowskim wiedzieliśmy, że nie możemy na to pozwolić, by się nie udało. Ale działać trzeba było bardzo szybko. Naprędce zorganizowaliśmy spotkanie z lokalnymi sponsorami, kibicami klubu, w restauracji „Kaszubianka”. Szacunek dla nich, że chcieli wspomóc Bytovię. Przedstawiliśmy im też korzyści, jak mogą mieć z tytułu pozostania w tej klasie rozgrywkowej, także te marketingowe. Oczywiście nie wszyscy się zgodzili, ale wielu wyciągnęło do nas pomocną dłoń, potem zaczęli dochodzić kolejni, często nasi bliscy znajomi. Do zebrania były 2 miliony, to absolutne minimum by zdobyć licencję. Pan Janusz to poważny człowiek, dyrektor urzędu pracy w Bytowie, na piśmie miał wszystkie gwarancje i z całą dokumentacją pojechał do Warszawy. Udało się. Ale nie bez ofiar. Musieliśmy niestety zrezygnować z dwóch grup młodzieżowych, którymi zajmował się nasz kierownik Jacek Maszkowski. Ci chłopcy, którzy grali w juniorach na szczęście znaleźli swoje miejsce w czwartej lidze.

 

Wyliczyliście wszystko dokładnie? Co do złotówki?

 

Musieliśmy założyć minimalną kwotę, która wystarczy nam na egzystencję. Początkowo wydawało nam się, że nie jesteśmy w stanie tego zrobić. Z kierownikiem przyszliśmy do prezesa z tablicą, na której rozrysowujemy taktykę. Zaczęliśmy flamastrem pisać: tyle na transport, tyle koszty całego wyjazdu, tyle na wyżywienie, tyle na rejestrację zawodników i tak dalej. Nie mogliśmy pominąć żadnej kwoty w tej kalkulacji. Przedstawiliśmy ją prezesowi, który początkowo też wydawał się sytuacją, w której się znaleźliśmy załamany. I stwierdziliśmy, że jednak damy radę!.

 

W Chojniczance mają 160 lokalnych sponsorów i świetnie dają sobie radę. Ale Chojnice mają prawie 40 tysięcy mieszkańców…

 

A Bytów ma 17 tysięcy. Chojniczanka była dla nas takim wzorem. To jak funkcjonują jest imponujące. Ale pracowali na to ładnych parę lat. I kiedy nawet ktoś się wycofa, to mając taką ich liczbę nic wielkiego się nie stanie. U nas rezygnacja Drutexu spowodowała, że praktycznie wszystko się rozleciało. Uważałem jednak, że gdybyśmy się poddali przez najbliższe kilkadziesiąt lat nie byłoby w Bytowie piłki na takim poziomie. Ciężko byłoby się podnieść z czwartej Ligi, a w trzeciej, a szczególnie drugiej koszty są podobne, a profity z PZPN-u czy telewizji zupełnie inne.

 

A jakie jest twoje zdanie na temat tego, że w środowisku mówi się, że jak był Drutex, to nie było wyników, bo finansowo piłkarze czuli się stabilnie. A teraz jest biedniej, ale za to sportowo lepiej?


Jestem tu od lat, bo pracowałem przecież także jeszcze jako asystent za trenera Pawła Janasa. I wiem, że filozofia budowania drużyny niekoniecznie była podobna do mojej. Stawianie na doświadczonych, ogranych zawodników nie do końca się sprawdziło. Od jakiegoś czasu mieliśmy plan, żeby zmienić politykę transferową. I nawet gdyby Drutex został, też poszlibyśmy w tym kierunku jak w ostatniej letniej przerwie. Zamierzaliśmy pójść w zawodników młodszych, z regionu, którzy są na początku swych karier i myślą przyszłościowo. Wcześniej pieniędzy było więcej, sięgaliśmy po piłkarzy z „nazwiskami” i ligową kartą, ale z całym szacunkiem dla nich, osiągane wyniki nie były zadowalające. Brawo, że doszliśmy do ćwierćfinału Pucharu Polski ale jeśli chodzi o rozgrywki ligowe graliśmy bardzo nierówno. A jest wiele zespołów, jak Wigry Suwałki, czy lata trzy wcześniej Grudziądz, zbudowanych na młodych zawodnikach. I tam były dobre wyniki. W Wigrach są ciągle. Mamy też przykład Górnika Zabrze, który postawił na młodych, a wszyscy wieszczyli, że będzie „klapa”. Co osiągnęli w Ekstraklasie, co zrobili w Pucharze Polski? To także otworzyło nam oczy. Naturalnie, nigdy nie wiesz jak dany zawodnik będzie spisywał się w twojej drużynie po transferze. W czasie ostatniego sezonu uznałem, że musimy iść w inną stronę. Kto jednak miał pewność, że tak dobrze będzie się spisywał Juliusz Letniowski? Czy Gracjan Jaroch? Albo Mateusz Kuzimski? Że dadzą sobie radę na takim poziomie? To była wielka niewiadoma, mimo, że wielu z tych chłopaków było pod obserwacją dużo wcześniej. Dziękuje ich trenerom i działaczom, że nie chcieli ich zatrzymywać u siebie za wszelką cenę. Fajnie się złożyło, że np. trenerem Letniowskiego w Bałtyku był jego tata, Sebastian. Mógł iść do Podbeskidzia, a udało się go przekonać, że u nas ma większe szanse na grę. Chłopcy nie myśleli na pierwszym miejscu o pieniądzach. Niektóre kluby w trzeciej lidze płacą tyle co u nas. To nie ma jednak znaczenia. Piłkarze „wypruwają” się w każdym meczu, dają z siebie maksa. Często po ostatnim gwizdku leżą nie mogąc złapać tchu. Na szczęście szybo się regenerują.

 

Zaskoczona jesteś dotychczasowym wynikiem? Ale szczerze.

 

No pewnie. Ale graliśmy z Lechią Gdańsk sparing przed ligą. Przegraliśmy 0:1 po golu w 90 minucie Byliśmy po głębokich zmianach, z wieloma młodymi piłkarzami w zespole. Trener Stokowiec zaprosił mnie po meczu na kawę i widział moją zafrasowaną minę. Powiedział: „Co ty się martwisz? To ja się powinienem. Przecież przez długi czas nie mogliśmy nawet „sztycha” zrobić!” Wtedy przeszło mi po raz pierwszy przez myśl, że coś fajnego się tworzy. Ten zespół wychodzi na boisko i nie kalkuluje. Ale spokojnie. Zobaczymy jak dalej nam pójdzie.

W sobotę czeka was najtrudniejsze zadanie z możliwych. Wizyta w Częstochowie.

 

Jesteśmy po pucharze w Toruniu, Raków miał w ty tygodniu wolne, więc mieli więcej czasu na przygotowanie i odpoczynek. Nie muszę nikogo przekonywać jak mocny mają zespół, skoro taki piłkarz jak Dariusz Formella siedzi tam na ławce. Graja specyficznym systemem z trójką obrońców ale ja znam to ustawienie, bo preferował je u nas trener Tomasz Kafarski, z którym pracowałem, więc wiem jak ono funkcjonuje. Tracą bardzo mało bramek, bo tylko sześć, ale za to pięć po stałych fragmentach. Może uda się to wykorzystać? A jak będzie, to zobaczymy.

 

Restauracja „Stacja Smaków”, w której rozmawiamy, też wspiera Bytovię?

 

(śmiech) Tak! Ale spotkaliśmy się tu dlatego, że mają świetne jedzenie.