W XXI wieku tylko nam i Brazylii udało się stanąć na najwyższym stopniu podium w kolejnych mistrzostwach świata. Oni stawali nawet trzykrotnie (2002, 2006, 2010), ale ostatnie dwa turnieje przegrywali z Polakami. W latach dziewięćdziesiątych trzy złote medale z rzędu zdobyli Włosi, a w zamierzchłych czasach siatkarze ZSRR sześciokrotnie wygrywali mistrzostwa.

 

Na przestrzeni ostatnich dwunastu lat Polacy trzykrotnie grali w finale MŚ, za pierwszym razem przegrywając z Brazylią w Tokio (2006). Po nieudanym turnieju cztery lata później nastał okres sukcesów, i oby trwał jak najdłużej.

 

Dotyczy on jednak tylko mistrzostw świata, co warto podkreślić. Ostatni medal mistrzostw Europy zdobyliśmy w 2011 roku w Wiedniu, a igrzyska olimpijskie dalej kojarzą się tylko ze złotą drużyną Huberta Wagnera i sukcesem w Montrealu w 1976 roku.

 

Ostatnimi czasy na igrzyskach odpadamy w ćwierćfinałach: w Atenach (2004) po przegranej z Brazylią, w Pekinie (2008) z Włochami, Londynie (2012) z Rosją, i w Rio de Janeiro (2016) z USA.

 

Czy Vital Heynen może to zmienić i w Tokio sięgnąć wreszcie po upragniony, olimpijski medal? Czy tak jak jego poprzedników czekają go porażki w drugim roku pracy ? Raul Lozano po srebrnym medalu MŚ w 2006 roku, w następnym przegrał z kretesem mistrzostwa Europy w Moskwie. Daniel Castellani po pierwszym w historii polskiej siatkówki złotym medalu ME w Izmirze (2009) w kolejnym wracał na tarczy po porażce w MŚ.

 

Andrea Anastasi z kolei miał drużynę, która wygrała Ligę Światową niemalże w przeddzień igrzysk w Londynie, ale wracał z nich przegrany. Podobnie Stephane Antiga: najpierw sensacyjne mistrzostwo świata cztery lata temu, a później niespełnione oczekiwania na kolejny sukces. Kolejny trener, Ferdinando De Giorgi wyłamuje się z tego schematu, przegrał mistrzostwa Europy już przy pierwszym podejściu i stracił pracę.

 

Kontrowersyjny i ekscentryczny 49-letni Heynen jest inny od wszystkich, ale nikt chyba nie ma wątpliwości, że zna się na siatkówce. Co więcej, jak twierdzi jego asystent, Michał „Mieszko” Gogol, szybciej od innych zdiagnozował nowoczesną siatkówkę wyprzedzając tym samym, jeśli chodzi o myśl szkoleniową, konkurencję.

 

Postawił na obronę. Broniliśmy w tych mistrzostwach fantastycznie, system blok – obrona odegrał ogromną rolę – mówił mi młody szkoleniowiec ze Szczecina.

 

Taktycznie mieliśmy rywali rozpracowanych perfekcyjnie. Sztab pomagający Heynenowi spisał się na medal. Wybory personale Belga też okazały się trafione. A Bartosz Kurek odpłacił mu za zaufanie wspaniałą grą w decydującej fazie mistrzostw. O Michale Kubiaku napisano i powiedziano już tyle dobrego, że nie ma sensu się powtarzać. – Prawdziwy przywódca stada – tak mówi o nim Ryszard Bosek.

 

Tak naprawdę o każdym w tym zespole można mówić tylko dobrze. Wszyscy byli gotowi, by pomóc i pomagali. Na finiszu MŚ na Polaków nie było mocnych. Cztery lata temu, gdy wygrali w katowickim Spodku z Brazylią 3:1 było jasne, że drużyna mistrzów świata właśnie przestaje w takim kształcie istnieć. Mariusz Wlazły, Michał Winiarski, Paweł Zagumny i Krzysztof Ignaczak żegnali się z reprezentacja. 

 

A mistrzowie z Turynu już myślą o igrzyskach w Tokio. Jak dojdzie Wilfredo Leon, jak wróci Mateusz Mika nie mówiąc o tych, którzy już głośno pukają do drzwi reprezentacji, to polski zespół będzie jeszcze silniejszy. Wypada mieć tylko nadzieję, że Vital Heynen będzie wiedział co z kłopotami bogactwa zrobić i udowodni, że jego demony przeszłości nie dotyczą.