- Wiedziałam, że to trudna choroba i nie trzeba sobie za dużo wyobrażać. Tąpnęło mną strasznie i dopóki sama nie wiedziałam, z czym walczę, polało się morze łez. Im dłużej poznawałam przeciwnika, tym lepiej to znosiłam. Etap, kiedy dostałam mocno w twarz, nie był długi – opowiada nam sportsmenka, która snuje już plany na medal podczas igrzysk w Tokio.

 

Nie będziemy rozmawiali o sporcie.

 

Wiem. Zdaję sobie z tego sprawę.

 

Chodzi o Twoje wyznanie w mediach społecznościowych.

 

Tak. Dlatego porozmawiamy o mojej chorobie, z którą udało mi się wygrać. Dopadła mnie ziarnica, nazywana chłoniakiem Hodgkina. Już po wszystkim opowiedziałam swoją historię na Facebooku. Wiedziałam, że jeśli podzielę się nią publicznie, padną propozycje rozmów, więc jestem otwarta i gotowa. Powodem, dla którego ujawniłam się z swoją chorobą, jest apel do ludzi, by się badali. Jestem najlepszym przykładem tego, że jeśli choroba zostanie wcześnie wykryta, jest duża szansa na wyleczenie.

 

Zastanawia mnie, jak to możliwe, że poza urazami mechanicznymi, choroby dotykają także sportowców. Jesteście wytrenowani, pod stałą kontrolą lekarzy. Często się badacie, wydaje się, że jesteście niezłomni, żadnej chorobie się nie kłaniacie.

 

W ogóle jest tak, że dopóki coś nas nie dotknie, wydaje nam się, że to niemożliwe. Moja historia pokazuje, że sportowcy to nie nadludzie, nie żyjemy na innej planecie i mamy takie same problemy, a w tym przypadku choroby. Jak się okazało, jestem obciążona genetycznie. Wewnętrznie zawsze bałam się różnych chorób, więc wyniki nawet lekko odbiegające od normy powodowały, że wymyślałam sobie różne rzeczy, z czego inni trochę się śmiali. Uważam jednak, że lepiej być nieco przewrażliwionym...

Zaczęło mnie niepokoić, że coś stoi mi w przełyku. Czas był kluczowy. Już pod koniec zeszłego roku nawet tata mi powiedział, że wyglądam na chorą, ale zbagatelizowałam to będąc świeżo po badaniach krwi. Już po Nowym Roku zgłosiłam się do lekarza, wyszło, że nawet jeśli badania krwi są całkiem prawidłowe, nic to nie oznacza. Okazało się, że jestem chora.

 

Na czym polega ta choroba?

 

Nowotwór krwi.

 

A jaki to ma związek z przełykiem?

 

Żaden, ale generalnie objawy chłoniaka Hodgkina są podobne do przeziębienia. To był jakiś znak, moje szczęście w nieszczęściu, że choroba dała o sobie znać.

 

Ale są też inne objawy?

 

Tak. Po prostu można czuć przeziębienie. Wcześniej na chwilę opadłam z sił, ale nie wiązałam tego z chorobą. Zrzucałam to na jesień i przetrenowanie. Poza tym nie miałam żadnych innych objawów, normalnie trenowałam w tym okresie. Na pierwszym USG piersi się dowiedziałam, że nie wiadomo co mi jest, ale już na tomografii od razu wyszło, że jest to albo chłoniak Hodgkina albo grasiczak, bo to są dwie choroby, które niosą za sobą zmiany także w śródpiersiu.

 

 

Jak podeszłaś do walki?

 

Wiedziałam, że to trudna choroba i nie trzeba sobie za dużo wyobrażać. Tąpnęło mną strasznie i dopóki sama nie wiedziałam, z czym walczę, polało się morze łez. Im dłużej poznawałam przeciwnika, tym lepiej to znosiłam. Etap, kiedy dostałam mocno w twarz, nie był długi.

 

Próbowałaś szukać wiedzy na temat tej choroby? Człowiek, co naturalne, zaczyna w takiej sytuacji szperać w Internecie i różnych źródłach, co raczej nie jest budujące.

 

Na szczęście tego nie zrobiłam. Do momentu, gdy wydawało się, że to tylko kwestia przełyku, przejrzałam cały Internet i zdiagnozowałam sobie tą chorobę sama, bo wszystkie objawy mi się zgadzały. Kiedy wylądowałam już w szpitalu i wiedziałam, że z czym mamy do czynienia, trafiłam na wspaniałą panią doktor w szpitalu MSWiA, Ewę Szcześniak. Od razu powiedziała, żebym nie przeglądała Internetu, bo według tego źródła powinnam umrzeć na drugi dzień. To po prostu nie miało sensu. Przez całą chorobę miałam tylko jeden moment, gdy zajrzałam do Internetu, ale dotyczyło to tylko objawów związanych z chemioterapią. Także dzielnie się trzymałam.

Jedyną osobą, która czytała na ten temat, był mój tata, ale zapewniał mnie, że nie są to fora pseudomedyczne tylko z lepszą wiedzą. Przeczytał, że jest to wyleczalne, a wyleczalność jest całkiem wysoka, zapewniał mnie, że wszystko będzie dobrze i wiedziałam, że nie są to zwykłe słowa otuchy, tylko faktycznie mają one swoją moc. Przez cały okres choroby chciałam wiedzieć tylko to, co muszę. Nie chciałam poznawać cudzych historii, nie chciałam wiedzieć, jak u innych przebiegała choroba, podpierałam się tylko wiedzą medyczną uzyskaną od lekarzy, a wszystkie sygnały, nawet te negatywne, starałam się ignorować i skupić na celu, jakim była wygrana.

Zanim zrobiłam wszystkie potrzebne badania, trochę to trwało. Finalnie zaczęłam leczenie w drugiej połowie lutego. Każdy organizm jest inny, więc nie da się przewidzieć wszystkiego, ale wiedziałam, że to nie będzie jakaś trudna przeprawa. Oczywiście były trudne momenty. Takim najważniejszym był ten, kiedy zaczęły wypadać mi włosy.

 

Ty, mistrzyni Europy, wicemistrzyni świata, stanęłaś przed najważniejszą walką.

 

Tak. To przed walką o życie. Jednym z powodów, dla których nie powiedziałam o swojej chorobie w trakcie leczenia, było to, że nie potrzebowałam litości, ani wsparcia szerszego grona. Nie szukałam taniej sensacji. Ma to związek ze sportem. Wiedziałam, że poradzę sobie z tym sama. Cieszyłam się, że padło na mnie, a nie kogokolwiek, kto by tego nie dźwignął, np. kogoś z mojej rodziny.

 

Jak to?

 

Wiem jak to brzmi. Nie pytałam “dlaczego ja”? Pierwsze moje myśli: co z kredytem i mieszkaniem. Bardzo prozaiczne i proste rzeczy. Odwołałam remont mieszkania, moja mama powiedziała, że jestem niepoważna i traktuję to tak, jakbym miała zaraz odchodzić z tego świata. Dopiero potem podeszłam do tego, jak do kontuzji czy grypy. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale uważam, że każdy przeżywa chorobę na swój sposób. Sport i 20 lat życia w rygorze, planowania pewnych rzeczy, operacji (jestem po artroskopii kolana) nauczyło mnie innego podejścia. Na pewno było mi łatwiej, bo wiedziałam, że moja choroba jest wyleczalna. Najważniejsze było wsparcie rodziny, narzeczonego, rodziców, przyjaciółek. Oni jeździli ze mną po szpitalach i wiedziałam, że sobie z tym poradzę. Najbardziej w tym wszystkim szkoda mi było mojej mamy. To twarda kobieta, która dużo przeszła w swoim życiu, ale to przede wszystkim serce matki. Bardzo ją bolało, gdyby mogła - jak sama mówiła – wolałaby sama zachorować, byle dziecko nie cierpiało. Najbardziej się martwiłam o bliskich, żeby to dźwignęli. Wydaje mi się, że to mój narzeczony miał większy problem z pożegnaniem się z moimi włosami niż ja sama.

Mam taki charakter i zawsze byłam twardą dziewczyną, mam twardy organizm. Przez całe życie nie imały się mnie różne choroby, grypy czy anginy, gdzieś tam miałam zapalenie płuc, a w dorosłym życiu krztusiec, ale generalnie nie chorowałam, więc organizm był na tyle silny, aby radzić sobie nawet z najgorszą chorobą. Były gorsze momenty, ale patrząc z perspektywy czasu naprawdę nie mam na co narzekać. Miałam dużo szczęścia w całym tym nieszczęściu od samego początku.

 

 

Na ile pomogło Ci to, że jesteś sportsmenką?

 

Uprawiam sport walki. Z założenia muszę być dziewczyną z pazurem, nie mogło być inaczej.

 

Życie sportowca składa się także na okres przedstartowy czyli przygotowanie do zawodów, określenie celów. To jest metodyczna robota, która daje tyle, ile sami w to włożymy. Podobnie postępowałaś z chorobą?

 

Dokładnie tak do tego podeszłam. Dla mnie to była walka, po prostu. Lekarz był trenerem, ustalił mi plan treningów, który realizowałam co dwa tygodnie. Teraz o wiele łatwiej mi o tym mówić.

 

Sportowiec lubi kwestionować to, co trener narzuca. Znając swój organizm próbowałaś nieco podpowiadać lekarzom?

 

Nie, ale próbowałam uświadomić pani doktor, że jestem sportowcem i że wszystko, o czym ona do mnie mówi, że np. będzie bolało, nie robi na mnie wrażenia. Przeżyłam tyle kontuzji, miałam naderwany mięsień w przywodzicielu, a zdobyłyśmy wtedy wicemistrzostwo świata, i nigdy nie skarżyłam się na ból. To, o czym mówiła do mnie pani doktor, w ogóle nie przerażało, a w odpowiedzi słyszałam, żebym nie robiła z siebie nadczłowieka i lepiej być w grupie. Uważam zupełnie co innego. Nie grupa, a bycie sportowcem ułatwiło mi przejście przez chorobę.

 

Jesteś twardzielką, zawodową żołnierką. To też doświadczenie, które pomagało w tym wszystkim?

 

Pewnie, że tak. Żołnierz jest szkolony po to, aby zwyciężać. Moja przygoda ze sportem jest dłuższa niż związana z wojskiem, od 20 lat uczę się wygrywać, jak sobie radzić z porażkami, jak wyciągać wnioski i podchodzić do trudnych zadań.

 

Jaki to było z Twoimi włosami? Zawsze miałaś długie blond loki.

 

Smutny moment. Jeden z nielicznych dni, które były gorsze. Wiedziałam od początku, że włosy mi wypadną, tylko nie zdawałam sobie sprawy kiedy. To też było szczęście w nieszczęściu, bo słyszałam historie, gdzie dziewczynom włosy wypadały od razu. U mnie włosy wypadały stopniowo i nie okazałam się twardzielką, bo nie ogoliłam głowy od razu. Najgorszy był dzień, w którym to się zaczęło. Gdzieś po dwóch-trzech cyklach chemioterapii.

Mam 192 centymetry wzrostu, więc kiedy założyłam czapkę ludzie mylili mnie z mężczyzną, a jedna starsza pani nawet wystraszyła się, że pomyliła toalety, kiedy weszłam do damskiej.

 

Myślałaś o sporcie podczas choroby?

 

Nic mnie nie złamało. Choroba także. Z przodu głowy, z tyłu głowy, zawsze miałam cel, że wracam do sportu.

 

Jak znosiłaś chemię? Bo to jest chyba z gorszych etapów choroby nowotworowej, ludzie nie potrafią sobie poradzić z fatalnym samopoczuciem w trakcie terapii.

 

Dobrze sobie radziłam wbrew temu, co mówiła pani doktor, że będzie coraz gorzej. U mnie było odwrotnie. Czułam się lepiej, ten początek był słaby, a z każdą kolejną chemią mój organizm się adaptował do sytuacji. Oczywiście jeden dzień, dwa dni po chemii były gorsze, bywało różnie, ale generalnie naprawdę nie mam na co narzekać. Była jedna chwila, że dostałam strasznego bólu w prawej ręce. Z mojej winy. Oszczędzałam lewą rękę z myślą o sporcie. A zasada jest taka, że chemię powinno się przyjmować na zmianę: raz w lewą, raz w prawą. Chcąc jak najszybciej wrócić do szermierki, oszczędzałam swoją lepszą rękę. To był najgorszy ból, jakiego doświadczyłam w życiu, bo nic nie pomagało. Nie mogłam brać tabletek przeciwbólowych, aby nie obciążać żołądka. Poza tym doświadczeniem i dniem, w którym zaczęły wypadać mi włosy, naprawdę nie mam na co narzekać.

 

 

W trakcie naszej rozmowy już kilka razy powiedziałaś: nie mam na co narzekać.

 

Naprawdę nie mam. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale miałam dużo szczęścia w nieszczęściu na różnych etapach dowiadywania się o chorobie, miałam ogromne wsparcie wielu osób, więc ta diagnostyka przebiegała bardzo szybko, dobrze zniosłam chemioterapię, pani doktor pozwoliła mi w trakcie chemioterapii się trochę poruszać, więc na tyle, ile mogłam, coś robiłam, żeby przygotowywać swoje ciało na powrót do sportu. Po zakończeniu terapii niecałe dwa tygodnie później zaczęłam się ruszać więcej. Może nie był to trening jak dotychczas, ale coś w rodzaju pretreningu. Pojechałam na zgrupowanie klubowe do Giżycka, ale cały czas wisiało nade mną widmo naświetlań, bo do ostatniego momentu lekarki zastanawiały się, czy nie zaserwować mi dawki naświetlania. Dostałam kilkanaście, ale to było już z górki.

 

Cały czas myślałaś o sporcie.

 

Od samego początku. Najpierw było mi smutno, że to się przydarzyło w tak dobrym dla mnie momencie. Byłam trzecia na Pucharze Świata w Chinach, wygrałyśmy Puchar Świata po kilku latach przerwy, byłam w pierwszej szesnastce na turnieju Grand Prix, wygrałam Puchar Polski. Pomyślałam sobie, że wreszcie ta Piekarska się indywidualnie odblokowała po kilku latach posuchy, ale fajne też było to, że moje koleżanki z kadry nie pozwalały mi zapomnieć o szermierce. Renia Knapik na bieżąco zdawała mi relację ze zgrupowań i zawodów. Danka Dmowska, Ewa Nelip odwiedzały mnie regularnie co dwa tygodnie, ta szermierka była ze mną przez całe dnie. Pojechałam nawet na lotnisko dać im przysłowiowego kopa na pożegnanie i czułam się jak piąty zawodnik tej drużyny. Czułam, że powinnam tam być, że gdyby nie choroba, to tak by się stało.

 

Dzień, w którym ogłosiłaś swoje zwycięstwo w walce z chorobą zbiegło się z informacją o śmierci Sary Anzanello, włoskiej siatkarki, mistrzyni świata, która miała problemy z wątrobą, teraz nabawiła się choroby nowotworowej krwi. Przeczytałem w informacji o niej, że przegrała walkę z chorobą. Wiele osób powtarza, że w przypadku walki z nowotworem nie ma przegranej batalii, bo każdy toczy tą walkę na ile mu organizm i głowa pozwala. Ciebie też to irytuje?

 

Zgadzam się. Nie ma przegranych, uważam, że nikt z nas nie prosił się o tę chorobę, nikt nie mógł tego przewidzieć i każdy z chorobą próbuje walczyć i wygrywa na swój sposób. To są prawa natury i trudno mi o tym mówić, ale ci ludzie do samego końca wierzą w swoje zwycięstwo i ja też do samego końca wierzyłam w wygraną. Nie dopuszczałam do siebie innej myśli i myślę, że po prostu nieładnie mówić tutaj o przegranej.

 

 

O co chodzi z zupą pomidorową, o której napisałaś w swoim poście?

 

Moja mama robi najlepszą zupę pomidorową i kiedy chce mi zrobić przyjemność, to jest zupa pomidorowa. Chciałam, żeby z tego postu nie płynął smutek ani żal, chciałam, aby mój wpis był może nawet humorystyczny.

Jestem wdzięczna mamie za to, że była ze mną i płakała. Że nie raz musiała postawić mnie do pionu. Mój tata, jak to facet, inaczej podchodził do sprawy i od początku zapewniał mnie, że wszystko będzie dobrze. Jestem mu wdzięczna za taki spokój i wsparcie, bo jeździł ze mną do szpitala i wspierał, a to były takie wizyty kilkugodzinne. Mój narzeczony może zupy pomidorowej mi nie robił, ale był ze mną każdego dnia i tak naprawdę to jemu się należą największe wyrazy uznania, bo nie jestem łatwym towarzyszem życia, może przez swój charakter i pazur sportowy. Ten chłopak naprawdę nie miał ze mną łatwo i jestem wdzięczna, że ze mną został, bo choroba też weryfikuje relacje męsko-damskie. Nie musiał zostać, mógł się wystraszyć, widząc mnie zapuchniętą i łysą. Chorowałam ja, chorowała ze mną cała rodzina. Choroba przynajmniej przyspieszyła naszą decyzję o tym, aby sformalizować nasz związek z narzeczonym.

 

Chorować we dwoje jest łatwiej. Joanna Górska, nasza redakcyjna koleżanka, w wywiadzie powtarzała ze swoim partnerem dokładnie to samo co Ty. Może to jest taka broń, którą ma się w zanadrzu i jest ona bardzo skuteczna?

 

Oczywiście, że tak. Gdybym siedziała sama w domu, też inaczej by to wyglądało. Mieliśmy takie szczęście, że Paweł dużo pracował z domu, więc w najtrudniejsze dni zaraz po chemii był ze mną. Mamy też psa, a ja w trakcie chemii niespecjalnie miałam siły, aby z nim wychodzić, więc cała logistyka była na jego głowie.

Lubię dostawać kwiaty, a nie dostaję ich często, i w dniu kiedy zaczęły mi wypadać włosy, musiał ze mnie bić taki żal, musiałam tak rzewnie płakać, że bez słowa pojechał i kupił mi kwiaty. To są małe rzeczy i małe gesty, ale właśnie choroba uczy tego, aby te małe gesty doceniać i nie przejmować się drobnymi problemami dnia codziennego. To jest lekcja, jaką wyciągnęłam z choroby.

 

Zmieniła Cię ta choroba?

 

Jeśli się staje w obliczu walki o życie, człowiek przewartościowuje pewne rzeczy i teraz wiem, że nie będę narzekała na zakwasy po treningu. Szkoda czasu na kłótnie, waśnie, trzeba doceniać to, co się ma, bo nie każdy dostał szansę na drugie życie. Ja dostałam i chcę ją wykorzystywać codziennie. Ja już nie planuję, nie wybiegam w przyszłość, mam marzenie: chcę pojechać do Tokio w 2020 roku, ale nie planuję tego. Oprócz tego, że musiałam zarezerwować wcześnie salę weselną, czyli to mój jedyny plan na przyszłość, cieszę się każdym dniem, który mam. Cieszę się, że mogę wyjść na trening, zjeść śniadanie z narzeczonym, wyjść z psem. Złapałam się nawet na tym, że stałam w lesie patrząc jak dzięcioł stuka w drzewo, a wcześniej tego nie robiłam.

 

Ta rozmowa jest dla chorych wsparciem, którego pewnie nie usłyszą od lekarza, bo po pierwsze nie ma tyle czasu, który chciałby poświęcić dla pacjenta, a dwa myślę to kwestia bardziej głowy niż medycyny.

 

Od początku mojego leczenia powtarzano mi, że pozytywne myślenie jest bardzo dużym plusem. Nie można dopuszczać do siebie myśli, że będzie źle, choć oczywiście czasem się one przewijają.  Też nie chcę, aby to brzmiało tak, że pozytywne myślenie i wiara w sukces wystarczą do wygranej z chorobą, bo nie jestem oderwana od rzeczywistości, są o wiele trudniejsze przypadki.

Warto tu odwołać się do przykładu Jacka Gaworskiego, szermierza na wózku, który walczy ze stwardnieniem rozsianym i nowotworem. To jest dla mnie przykład, jak można walczyć o najwyższe wyniki i sukcesy jednocześnie walcząc z chorobami i słabościami. On się nie poddaje, bierze floret do ręki i walczy. Tak jak on jest dla mnie wzorem walki o marzenia, tak ja chcę być wzorem dla kogoś i pokazać, że można wygrać z chorobą, jeśli tylko dołoży się wszelkich starań.

 

Jak często musisz się teraz badać?

 

Na początku co trzy miesiące, a potem ten czas będzie się wydłużał. Mam w listopadzie kontrolę, a potem w styczniu.

 

Jest w Tobie niepokój?

 

Teraz nie. Mam w listopadzie prostą kontrolę krwi, ale myślę, że jak będę miała w styczniu skan całego ciała, który wychwytuje komórki nowotworowe, stres przyjdzie. Na razie cieszę się tym, że mam spokój do końca roku.