Iwanow: Parowóz czy lokomotywa? Lech znowu zjeżdża na bocznicę

Piłka nożna

Przy stadionie w Poznaniu stoi efektowna „ciuchcia” nawiązująca do przydomku drużyny z Bułgarskiej. I „Kolejorz” – klub ze świetną Akademią, rzeszą sprzedanych za dobre pieniądze adeptów i wysokim budżetem, jedzie znów z zaparowanymi szybami. Szczególnie na wyjazdach. Pucharowe spotkanie w Częstochowie też zakończyło się na bocznicy. Historia lubi się powtarzać.

Lech ma niezwykłą przypadłość. „Lubi” przegrywać decydujące, często najważniejsze dla wizerunku klubu mecze. Przed rokiem katastrofalna runda finałowa Ekstraklasy, gdy po części zasadniczej nie dość, że było pierwsze miejsce w tabeli, to wizja spotkań z najgroźniejszymi rywalami u siebie. Efekt? Dopiero 3 miejsce. W Pucharze Polski „goodbye” już w… sierpniu, w 1/16 finału po laniu w Szczecinie.

 

Teraz porażka z pierwszoligowcem w Częstochowie, co prawda pod koniec października ale na tym samym etapie rozgrywek. W maju 2016 roku wstydliwie przegrany finał Pucharu Polski z Arką, który miał być pierwszym sukcesem Nenada Bjelicy. Odpadnięcie z przeciętnym Utrechtem w eliminacjach do Ligi Europy, mimo, ze na dystansie dwóch meczów to „Kolejorz” był zdecydowanie lepszy. Tego lata męczarnie z Gandżasarem Kapan z Armenii i białoruskim Szachtiorem Soligorsk.

 

Ostatnie mistrzostwo w 2015 roku pod wodzą Macieja Skorży. Wtedy też ostatni występ w fazie grupowej międzynarodowych rozgrywek. W Ekstraklasie Lech ostatnio ustępował pola już nie tylko Legii, ale od dwóch sezonów także Jagielloni, a za chwilę może i Lechii Gdańsk. Zamiast postępu, powolne obsuwanie. A tym samym kolejne „pomrukiwania” wymagających sukcesu kibiców, których oznakę mieliśmy po porażce w Częstochowie.

 

Wraz z najwyższymi w historii ligi transferami Tiby, Amarala i głośnymi zapowiedziami o przyjściu Dioniego (gdzie on jest?) Lech miał wejść na wyższy poziom, a utalentowana młodzież miała od kogo uczyć. Trener-"lechita”, były kapitan, doskonale znający Akademię i zespół rezerw z asystentami związanymi z „Bułgarską” miał oddać więcej serca niż „najemnicy” z Bałkanów. To Ivan Djurdjević miał być liderem. Po efektownym ligowym starcie jest jednak coraz gorzej. W klubie od dawna mówiło się, że „niewygodnymi” stają się ci, którzy lubią coś powiedzieć. Najpierw Radosław Majewski, potem Łukasz Trałka, niezadowoleni są także Piotr Tomasik czy Darko Jevtić. A ferment w drużynie nikomu potrzebny nie jest.

 

Djurdjević, który zarówno przed jak i po meczu z Rakowem czas spędza w Szkole Trenerów w Białej Podlaskiej, gdzie pogłębia wiedzę i szykuje się do egzaminu dającego mu licencję UEFA Pro, może jednak skoncentrować się na nauce. Ta burza w stolicy Wielkopolski na razie go ominie. Ale czy dostanie tak długie votum zaufania jak niegdyś Mariusz Rumak, który przegrywał pucharowe boje z Olimpią Grudziądz, Żalgirisem Wilno czy Stjarnanem?

Słupki finansowe się zgadzają. Można się chwalić sprzedażą Jana Bednarka do Southampton, Dawida Kownackiego i Karola Linetty’ego do Sampdorii czy Marcina Kamińskiego do Niemiec. To tu wcześniej wypromowano Roberta Lewandowskiego, Łukasza Teodorczyka czy Artjoma Rudnevsa. Ambicje w Poznaniu sięgają jednak dalej niż pełne kieszenie.

 

Bo z nich powinno się inwestować mądrze. Niklas Barkroth, Mario Situm czy Mihai Radut albo Thomas Rogne to wyrzucone w błoto pieniądze. Pedro Tiba i Joao Amaral? Na razie nie wznieśli Lecha na wyższy poziom i nie widziałem, żeby dzięki nim klub mógł choć zbliżyć się do poziomu Genku w eliminacjach do Ligi Europy. Lech marząc o mistrzostwie musi się zastanowić na jak długo „głośne” nazwiska zamkną usta kibicom. Bo te ostatnie właśnie się otworzyły.

Bożydar Iwanow, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze