Torben Olsen: Negocjacje z tatusiem nie są łatwe!

Żużel
Torben Olsen: Negocjacje z tatusiem nie są łatwe!
Torben Olsen (z prawej), fot. Cyfrasport

Leniwe promienie listopadowego słońca nie zdołały ostudzić kawy. Filiżanka podana przez kelnerkę przysłuchiwała się rozmowie, Andaluzja czekała na wielkie święto sportów motorowych, a dłonie legend pokroju Rossi, Nieto, Checa i Lorenzo błyszczały z wysokości chodnika.

Jerez de la Frontera to urzekający splot rzewnego flamenco, znakomitej cherry, mnichów, przepięknych koni i obłąkańczych prędkości. Nigel Mansell do dziś pamięta porywający finisz na Circuito de Velocidad z Ayrtonem Senną w 1986 roku. Jak można przegrać wyścig F1 o czternaście tysięcznych sekundy! W tym sennym, aczkolwiek urokliwym mieście artyści są wielbieni na równi z gwiazdami sportów motorowych. Ledwo nasze ciała przykleiły się do wytwornej kanapy, a już w foyer hotelu pojawiła się Brytyjka Emma Bristow, wielokrotna mistrzyni świata w trialu motocyklowym. Dotknęliśmy z Torbenem Olsenem tematu GP Argentyny i GP Słowacji, a w lobby las rąk przytulił się do Taddy’ego Błażusiaka – fenomenalnego jegomościa z Nowego Targu z prośbą o wspólną fotkę czy autograf. Umoczyliśmy herbatniki w skrawku wyśmienitej kawy, a przez próg hotelu przeprawiali się dwaj mistrzowie: Ryan Dungey (supercross) i Bartek Zmarzlik (speedway). I jak tu nie oszaleć z szaleństwa od nadmiaru spalin, prawda Torben…? 

 

Tomasz Lorek: To prawdziwa przyjemność rozmawiać z wyjątkowym dżentelmenem z Danii, Torbenem Olsenem. Zarządzasz cyklem Speedway Grand Prix, odkąd Brytyjczyk Paul Bellamy przefrunął do mistrzostw świata w rallycrossie. Przyjemność to czy męka być synem trzykrotnego indywidualnego mistrza świata na żużlu, Ole Olsena (1971, 1975, 1978)? Z perspektywy domowego fotela Ole prezentuje się zapewne inaczej…


Torben Olsen: Często jestem indagowany w tej kwestii. To drugie najczęściej zadawane pytanie. Pierwsze brzmi: czy siedziałeś kiedykolwiek na motocyklu żużlowym? Przyznaję, że życie syna Ole Olsena obfituje w wiele wyzwań, ale w ogólnym rozrachunku jest to bardzo pozytywne doznanie. Nie jest to czystej krwi przyjemność, ale to bardzo miłe uczucie. Zawsze byłem bardzo pozytywnie nastawiony do faktu, że noszę to samo nazwisko co mój sławny tata. Jego zaangażowanie w speedway i wszystko to co uczynił dla żużla napawa mnie dumą. To zaszczyt mieć takiego tatę. Darzę go ogromnym szacunkiem, bo dokonał wielu niezwykłych rzeczy na żużlowym torze. W pracy nie jest już tak różowo, bo gdy tata pracuje z synem czasami człowiek napotyka na gigantyczne problemy. Negocjacje z własnym ojcem nie należą do łatwych kąsków. Ach, te zażarte dyskusje z Ole… Myślę, że świat jest tak skonstruowany, że syn wymaga więcej od taty aniżeli od obcych. Jestem bardzo wymagający względem mojego taty, kiedy zasiadamy do biznesowych rozmów. Jestem bardziej łaskawy względem partnerów cyklu Speedway Grand Prix czy ludzi, którzy wykonują dla nas usługi. Z tatą miewam trudne rozmowy, ale wynika to z faktu, że chcę, aby wszystko było wykonane perfekcyjnie. Dbam o czystość i nie chcę, aby ktoś powiedział, że faworyzuję tatę, bo tylko Ole Olsen potrafi budować czasowe tory. Każdy kto orientuje się w speedwayu, wie, że Ole zaczął budować czasowe tory długo przedtem zanim ja podjąłem pracę w IMG/BSI. Jestem bardzo świadomy niebezpieczeństw wynikających z podejrzeń, że pracujemy w jednej firmie, bo łączą nas bliskie relacje na linii: tata – syn.


Rozumiem twoje obawy. Trochę przypomina mi to sytuację w rodzinie komentatora sportowego. Najbliżsi są twoim najlepszym krytykiem. Rodzina zna cię na wylot, wiedzą, kiedy jesteś spięty, a kiedy tryskasz energią i luzem, dlatego najbliżsi pozwalają sobie na ostrze krytyki i wytkną tobie najmniejszy błąd. Publiczność może być zachwycona twoim występem, ale domownicy nie pozostawią na tobie suchej nitki.

 

Racja. Od najbliższych usłyszysz najprawdziwszą opinię.

 

Wszystko po to, aby cię nie zepsuć i abyś nie udławił się sławą…

 

Zgadza się. Trzymają cię blisko gruntu, abyś nie odfrunął w przestworza. Czasami, gdy ja i Ole mamy bardzo odmienne zdanie na pewien temat, kłócimy się aż lecą iskry. Myślę, że potrafimy wykrzyczeć sobie obelgi i obstawać przy swoim zdaniu, bo zarówno mój ojciec jak i ja jesteśmy przesiąknięci pasją do sportu. Nie odkryję tajemnicy mówiąc, że mój tata oddycha speedwayem. On kocha sporty motorowe, a żużel w szczególności. Kiedy przedstawiam mu nowatorski pomysł dotyczący Speedway Grand Prix, a tata nie zgadza się z moją opinią, wiem, że za chwilę wytoczy najcięższe działa i będzie mnie atakował zalewając morzem energii. Taki już jest Ole… Także nie brakuje tarć na linii: tata – syn, ale generalnie odczuwam niezwykłą dumę, że jestem synem człowieka, który nosi w sobie autentyczną pasję do sportu.

 

Jaki prezent sprawisz tacie na 72 urodziny? (16 listopada Ole Olsen będzie świętował…)

 

Kupiłem wino mojemu tacie. Ojciec jest bardzo wymagający, trudno mu dogodzić. Trafiłbym w jego gusta, gdybym sprezentował mu sprzęt myśliwski, fachową odzież na łowy albo strzelbę, ale to już przerabiałem. Postanowiłem przenieść się w inny sektor prezentów. Kupiłem wino dla Ole.

 

Bierzecie też udział w Vasaloppet (Biegu Wazów)?

 

Nie, to zbyt ekstremalne przeżycie. 90 km na nartach to nie dla nas…

 

Pytam, bo Wasz dobry kolega, Peter Karlsson, bierze udział w Biegu Wazów. Twardziel co się zowie.

 

Szacunek dla Pikeja, ale my z tatą nie podołalibyśmy takiemu wysiłkowi.

 

Rozumiem, że na łowach zażywacie kąpieli w rwącym potoku i lodowatej wodzie?

 

Nie. Rozczaruję cię. Mamy bardzo skromny, wręcz spartański, ale jednak prysznic. Korzystamy z niego w przerwach pomiędzy wymarszami do lasu. Nie ma mowy o totalnie ekstremalnych warunkach.

 

Z jednej strony myślistwo to diametralnie inna twarz Ole Olsena, ale przyglądając się temu z drugiej strony, zakrawa to na zastępczą rozrywkę. Skoro nie może już ścigać rywali na torze, to goni za zwierzyną w lesie… Zapotrzebowanie na adrenalinę nie maleje.

 

Można tak to ująć, ale zaręczam cię, że w myślistwie nie chodzi o to, aby kogokolwiek ścigać. Nie chodzi o wynik czy o wytropienie wielkiego jelenia. Bardziej o frajdę z przebywania na powietrzu, z dala od codziennego świata. Oderwać myśli od obowiązków, odpocząć od zgiełku. Nie chodzi o oddawanie strzałów do dzikiej zwierzyny. Bardziej zależy nam na podziwianiu wschodu słońca. Pewnie, że tropienie, czytanie śladów jest fascynujące, bo zmagasz się z zagadkami, ale to nie jest tak, że wyjmujesz broń palną na widok łosia i oddajesz strzał w jego kierunku. To złożony proces, karmisz się każdym elementem. Tropienie, włóczenie się, zaduma… To nie ma nic wspólnego z pasją do zabijania zwierząt. To rodzaj przyjemności w odstrzeliwaniu gatunku, którego jest za dużo. Regulacja liczby osobników, gdy Matka Natura za bardzo obrodzi. Rodzaj selekcji. Te zwierzęta, które padają łupem myśliwych i tak nie przeżyłyby, więc nie jesteśmy zawistnymi typkami, których fascynuje widok zabitego zwierzęcia. Ojciec wędruje po lasach, aby mieć kontrast w stosunku do pracy zawodowej. Las jest przeciwwagą dla speedwaya.

 

Zaczynam rozumieć czym Ole zauroczył swoją małżonkę Ullę. Musiał być szalenie romantyczny jako człowiek kochający przyrodę. Sentymentalista, a nie tylko mistrz na żużlowym torze…

 

(przeciągły śmiech Torbena). Tego nie słyszałem, ale podoba mi się ta interpretacja! Należałoby o to kiedyś zapytać mamę Ullę…
Wiele kobiet byłoby zauroczonych mężczyzną, który wyczekuje wschodu słońca w głębokiej kniei. To prawda. Wyjawię tylko tyle: mama nigdy nie wybrała się z nami na łowy. Nie lubi wstawać o świcie. 

 

Przygotowuje kanapki dla kochanego synka…

 

Racja. Przygotowuje. Są wyjątkowe i przepyszne. Mama uwielbia gotować mięso, które uda nam się zdobyć. To co ustrzelimy z tatą, ląduje w matczynej kuchni.

 

Urocza kooperacja. W małżeństwie chodzi o to, aby się uzupełniać…

 

Święte słowa.

 

Pozwolisz, że przemieścimy się z lasu na motocykl. Nigdy nie wszedłeś w wiraż ślizgiem kontrolowanym?

 

Spróbowałem swoich sił na motocyklu. Zaraz, niech sobie przypomnę: byłem bardzo młody, miałem wówczas osiem lat (Torben szperał w pamięci uroczo sobie pogwizdując). Mój brat szalał na motocrossie, a mnie bardziej kręcił motocross aniżeli speedway. Musiałem dokonywać cudów, aby ubłagać mamę i tatę, żeby pozwolili mi przejechać się na crossówce. Zaczęło się od nieśmiałych prób w przydomowym ogrodzie na pożyczonym sprzęcie. Zapragnąłem mieć swój własny motocykl, ale rodzice zamiast crossówki kupili mi… komputer. Stopniowo zafascynowałem się komputerami. Nie tyle gierkami, bo dostałem IBM-a, a nie Commodore 64, o którym marzyłem ja i moi rówieśnicy... Większość moich kumpli używała komputera, aby wyżyć się grając do upadłego. Na IBM-ie nauczyłem się pisać na klawiaturze w oszalałym tempie. Poznawałem tajniki pracy na komputerze, ale w ten sposób oddalałem się od sportów motorowych. Nie miałem kontaktu z motocyklem aż do czasu, gdy zacząłem pracować w firmie BSI/IMG. Koledzy z pracy zaczęli wypytywać mnie czy kiedykolwiek jeździłem na motocyklu żużlowym. Wywarli na mnie taką presję, że pomyślałem sobie: nie dadzą mi spokoju, więc będzie lepiej, jeśli spróbuję przejechać się na bike’u. Postanowiłem uczynić to w tajemnicy przed mamą. Przyleciałem do Danii, a tata przygotował mi motocykl. Miał w warsztacie kilka Jaw… Pojechaliśmy na tor w Vojens. Spróbowałem czym to się je, miałem niezły ubaw, ale dwa razy upadłem na tor. Pamiętam, że tata nie miał rękawiczek, więc jechałem bez pełnego ekwipunku. Miałem kask, ochraniacz na kręgosłup, kombinezon, ale jechałem bez rękawiczek.

 

Jeździłeś na pełnometrażowej wersji, czyli 500 cm sześciennych…

 

Tak. Pięćsetka... Tata wyszperał nawet fachowe buty do jazdy na żużlówce, ale nie mogliśmy znaleźć rękawiczek. Po dwóch dzwonach moje ręce były w opłakanym stanie: zdarta skóra, ślady krwi… Tata tylko spojrzał na mnie wymownie i powiedział: myślę, że to wystarczy i w zasadzie to by było na tyle. Tak zakończyła się moja kariera na żużlu…

 

Torben, upadłeś dwukrotnie na tym samym wirażu?

 

Nie, leżałem na obu. Musiałem ochrzcić oba łuki.

 

Tata wykazał się czułością? Podbiegł do ciebie, gdy leżałeś i spytał troskliwie: czy wszystko z tobą w porządku?

 

Nic podobnego. Nie był zdenerwowany, ale pozwolił mi leżeć do woli na wirażu. Nie panikował, ale też nie pomógł mi podnieść się z toru.

 

Nie zachował się jak uczynna pielęgniarka. Oczekiwał, że sam wstaniesz i odprowadzisz motocykl do parku maszyn.

 

To prawda. Przechowuję w pamięci te chwile. Pamiętam ten upadek jakby zdarzył się wczoraj.

 

Surowy nauczyciel. Przypomina mi to czasy, gdy papa Władysław Gollob kształtował charaktery Tomasza i Jacka.

 

Istnieje prawdopodobieństwo pomiędzy gangiem Olsena a teamem Gollobów? – uśmiech pojawił się na obliczu Torbena.

 

Tak. Papa troszczył się o synów jak przystało na ojca, ale nie działała technologia płaczu i użalania się nad sobą. Dlatego wychował mistrzów.

 

Na torze w Vojens też nikt mnie nie niańczył. Żadnych czułych pytań. To speedway. Sport ekstremalny.

 

Czy mama miała w zwyczaju jeździć na zawody żużlowe, kiedy Ole ścigał się na motocyklu?

 

Tak. Bardzo często włóczyła się z tatą. Rzadko zostawała sama w domu, wolała być blisko Ole. Zabawne, ale ja nigdy nie widziałem mojego taty na żywo w akcji. Tata zakończył karierę w 1983 roku, a ja urodziłem się w 1982 roku. Widziałem go siedzącego na motocyklu jak chociażby podczas jubileuszu startów w Vojens, zabierał mnie ze sobą na tory czasowe, aby zobaczyć, jak buduje się jednodniowe tory, ale nigdy nie widziałem taty w akcji.

 

Przyszedłeś na świat rok przed zakończeniem kariery Ole. Tata jest zodiakalnym Skorpionem, niezwykle energicznym człowiekiem, wiecznie poszukującym wyzwań. Ty mieszkasz na przeciwległym biegunie?

 

Można tak to ująć, gdyż jestem Wodnikiem. Jestem przeciwieństwem taty. Zgadzam się w całej rozciągłości.

 

Wodnik, a więc reprezentujesz ten sam znak co Valentino Rossi i Marc Marquez – ikony Moto GP.

 

Naprawdę? Nie wiedziałem, że Vale jest Wodnikiem. Urodziłem się 28 stycznia, a Valentino?

 

16 lutego.

 

Brawo.

 

Mieszkasz blisko znakomitego rosyjskiego tenisisty, dwukrotnego mistrza Wielkiego Szlema (US Open’2000 i Australian Open’2005) – Marata Safina. Wodnik… Mnóstwo wolności, swobody, kreatywności, ale nade wszystko lojalność, prawda?

 

Wodnik w telegraficznym skrócie.

 

Dalsza część rozmowy na kolejnej stronie.

 

Wielu Wodników to mistrzowie w sportach motorowych. Vale Rossi, Marc Marquez, Joonas Kylmaekorpi…

 

O tym nie wiedziałem. Moja mama Ulla jest zakręcona na punkcie znaków Zodiaku. Ja też lubię penetrować ludzkie charaktery. Uwielbiam badać duszę ludzi. Fascynuje mnie wgląd w głąb świata niematerialnego. Sądzę, że istnieje spora różnica w zachowaniach, postawach życiowych ludzi z trygonu ognia i wody. Temperament, impulsywność, a z drugiej strony spokój. Moja małżonka Elizabeth jest z 3 kwietnia, czyli jest…

 

… zodiakalnym Baranem.

 

Racja.

 

A zatem dzień później niż Nicki Pedersen.

 

Tak. I potrafi być równie energiczna jak Nicki…

 

Liz, ale nie Liz Taylor?

 

Nie, nie. (śmiech Torbena) Liz Olsen.

 

Macie córkę czy syna?

 

Syna. Fredrik Henry. Henry to szacunek dla mojego dziadka. Tak miał na imię tata Ole Olsena.

 

Henry… Ładne imię. Tata Ole jeździł na żużlu?

 

Mój dziadek nie był żużlowcem, ale wydaje mi się, że uczynił wiele, aby jego syn Ole mógł ścigać się na żużlu. Znasz historię mojego ojca, więc pewnie wiesz, że energia roznosiła go za młodu. Popadłby w niełaskę stróżów prawa i mógłby zmarnować swoje życie, gdyby nie motocykle. Mój dziadek nie chciał, aby Ole jeździł na żużlu, ale podskórnie czuł, że sport motorowy może uratować Ole od gigantycznych tarapatów w jakie wpadł. Dziadek uznał, że motocykl jest dobrym zakupem. Chciał, żeby Ole poczuł jak trudno zarabia się na chleb, więc postawił warunek: musisz sam zapracować na pieniążki, które przeznaczysz na zakup motocykla. Dziadek przechowywał swój motocykl szosowy w warsztacie, ale nie pozwalał mojemu ojcu jeździć na nim, bo bał się, że popadnie w konflikt z prawem… Ole zakochał się w motocyklach, a mój dziadek rozsądnie podsycał w nim pasję. Dziadek pilnował motocykla, momentami przechowywał go w piwnicy, ale Ole lubił zakraść się w zakazane rewiry i czasami potajemnie jeździł na bike’u bez wiedzy dziadka. Henry spostrzegł, że w baku jest mało paliwa, więc domyślał się kto jest sprawcą takiego stanu rzeczy… W głębi duszy dziadek cieszył się, że głód jazdy i talent jaki miał Ole, pomoże mu całkowicie oddać się pasji. Pewnego dnia Henry odbył poważną rozmowę z Ole. Zalecał, aby spróbował podejść poważnie do zagadnienia. Namówił go do oszczędzania pieniędzy na zakup motocykla, na opłacenie nauki jazdy na motocyklu żużlowym, wspierał go. To przemówiło do Ole.

 

Henry usiłował nakierować go na właściwe ścieżki...

 

Tak, a znając życie wiedział, że łatwo mu to nie przyjdzie, bo trudno zarobić na chleb będąc zawodowym motocyklistą. Widzę, że tata ma bardzo podobne nastawienie w stosunku do swoich synów. Nie ma niczego za darmo, wszystko musi być okupione wysiłkiem. Henry powiedział: nie kupię ci motocykla, musisz sam na niego zapracować. Mój tata, który wiecznie kocha być zajęty i nie potrafi usiedzieć na miejscu, nie stosował wobec Jacoba czy mnie taryfy ulgowej. Przy jego rozlicznych rolach w FIM-ie, niegdyś dyrektorowaniu Speedway Grand Prix, prowadzeniu klubu w Vojens, trudno było wychować nas na obiboków czy odludków. Spędzałem mnóstwo czasu z tatą, a w miarę szybko pojąłem, że bardziej odpowiada mi biznesowa strona sportu. Bywało tak, że sprzedawałem pop-corn na stadionie w Vojens, aby zobaczyć jak trudno zarabia się pieniążki. Pamiętam jak dziś, że ojciec pożyczył mi pieniądze, abym kupił sobie pierwszą maszynę do robienia pop-cornu. Miałem wtedy 12 lat, dla mnie to była prawdziwa fortuna i harmonia pieniędzy... Tata pożyczył mi pieniążki, ale zastrzegł, że gdy już rozwinę interes, muszę mu oddać dokładnie taką samą kwotę jaką pobrałem. Po kilku latach, gdy już oddawałem ojcu pożyczoną gotówkę, posiadałem trzy maszyny do robienia pop-cornu. Był niezmiernie zadowolony, że z czasem udało mi się poszerzyć kontakty na tyle, aby pożyczać (odpłatnie) maszyny do robienia pop-cornu na inne wydarzenia. A zatem pozyskałem partnerów biznesowych (śmiech). Tak wyglądała moja młodość. Z sentymentu pozostawiłem sobie maszynę do robienia pop-cornu w domu. Od dawna jej nie używałem. Odkąd przeniosłem się do Anglii, aby podjąć studia na Wyspach, rzadko ją uruchamiam…

 

Skąd pomysł na edukację na Wyspach?

 

W Danii zdobyłem tytuł odpowiadający waszemu licencjatowi. Ukończyłem naukę na uniwersytecie w Aarhus. Po szkole podstawowej przeniosłem się do Aarhus. Spędziłem tam 3 lata i pojawił się dylemat. Czy pozostać kolejne 2 lata i ubiegać się o tytuł mastera czy posmakować prawdziwego życia i zdobyć doświadczenie, które pomoże mi w znalezieniu pracy. Ole nalegał, abym dokończył edukację w Danii. Na przeszkodzie stanęły znakomite kontakty z Johnem Postlethwaitem, ówczesnym szeryfem BSI. John namawiał mnie, abym spróbował życia i pracy w Anglii. Przekonywał, że nie będzie to praca związana ze speedwayem. Mówił: posiedzisz w Anglii przez rok, poznasz prawdziwy smak życia, zdobędziesz niezbędne doświadczenie. Przekonał mnie do swojego pomysłu. Wytłumaczyłem mamie i tacie, że to sensowny plan. Zawiesiłem naukę w Danii i wybrałem się na Wyspy.

 

Pracowałeś w firmie Johna Postlethwaite’a?

 

Tak. Miałem pracować u Johna przez rok, góra półtora. Moja znajomość języka angielskiego nie była wówczas zachwycająca. Doceniam twardą szkołę życia. Dostałem lekko w kość, bawiło mnie nowe wyzwanie. John kupił wówczas biurowiec w Richmond, przeniósł tam siedzibę swojej firmy. Moje pierwsze zadanie polegało na rozplanowaniu pomieszczeń biurowych, aranżacji wnętrz, stworzeniu recepcji itd. Stworzyliśmy taki profil, że inne firmy mogły wynajmować biura od nas. Bywało, że odbierałem telefony, przełączałem interesantów do konkretnej firmy, która wynajmowała powierzchnię w BSI. Wyposażaliśmy salę konferencyjną, zadbaliśmy o sprzęt biurowy: kopiarki, komputery itd.

 

A zatem w pierwszej fazie pracy u Johna nie miałeś zawodowej styczności z żużlem?

 

Nic a nic. Firma BSI zajmowała część budynku. Promowaliśmy Speedway Grand Prix, pracowaliśmy dla teamu Suzuki w Moto GP, produkowaliśmy gry komputerowe… To była moja pierwsza praca. Później John kupił klub żużlowy: Reading Bulldogs. Reading startowało wówczas w Elite League.

 

Na zapomnianym obiekcie Smallmead…

 

Zgadza się. Wtedy wkręciłem się jeszcze bardziej w speedway.

 

Pracowałeś zatem z Samem Ermolenko i Jimem Lynchem…

 

Tak. W pierwszym sezonie pod nową banderą, dla Reading Bulldogs ścigał się Phil Morris. Zabawne, ale zanim klub stał się własnością Johna, Armando Castagna jeździł w barwach Reading.

 

A dziś cała trójka: Armando, Phil i ty pracujecie przy projekcie Speedway Grand Prix.

 

Racja. Życie ma pokręcone ścieżki…

 

Wielu krytyków pyta mnie: Tomasz, jak to możliwe, że tak światły człowiek, który wygrywa ambitne teleturnieje, gość o szerokich horyzontach, Phil Morris, był mechanikiem i doradcą Chrisa Harrisa, a teraz dyrektoruje w cyklu GP? Nie gryzie cię ta metamorfoza?

 

Nie rozumiem krytyków. W mojej opinii Phil jest człowiekiem wielu talentów. Jeździł na żużlu, więc zna się na tym sporcie. Widać w nim pasję. Chce się rozwijać. Darzę go ogromnym szacunkiem. Łączą nas serdeczne stosunki. Uważam, że Phil dobrze wywiązuje się z roli dyrektora zawodów Grand Prix. Pracowaliśmy z Philem nad najdrobniejszymi szczegółami Speedway GP. Uważam, że usprawniliśmy przebieg zawodów. Bywały turnieje, które trwały 3 godziny i kwadrans, a nawet 3 i pół godziny. Mamy zaledwie 23 wyścigi, a zatem circa 23 minuty, a show trwa 3 godziny. To niedopuszczalne, aby w dobie dzisiejszego sportu akcja trwała 23 minuty, a całe widowisko zajmowało 3 godziny. Trzeba czymś zająć kibica i widza. Nie zdobędziemy nowego widza, jeżeli zawody będą trwały zbyt długo. Dlatego nadrzędną kwestią jest opracowanie idealnego scenariusza i stworzenie czasowego szkieletu imprezy. Akcja musi być żwawa, widowisko musi mieć bardziej intensywny przebieg i zachować odpowiednią dynamikę. Pod kątem telewizyjnym speedway ma o wiele więcej do zaoferowania niż futbol, w którym jest sporo przestojów. Przerwy pomiędzy wyścigami są idealne do emitowania reklam. Owszem, pozostaje jeszcze kwestia zapewnienia większej liczby atrakcji kibicom przebywającym na stadionie.

 

Phil Morris przetrwał trudny debiut, bo chrzest bojowy miał miejsce 18 kwietnia 2015 roku w Warszawie…

 

Tak, to był jego debiut. Nikt z nas nie jest mistrzem zaczynając pracę. To co nas nie zabije, to nas wzmocni. Phil wykazał ogrom determinacji, podchodzi z pasją do nowej roli.

 

Co nas nie zabije, to nas wzmocni – zapachniało cytatem z kapeli The Police… Sting, nauczyciel w szkole, a potem frontman znakomitego zespołu rockowego też musiał nauczyć się przemawiać do tłumu i uczyć radzić sobie ze stresem. Światła ramp go nie przeraziły… A propos światła. Swego czasu natknąłem się na twoją wypowiedź, że lubisz starty na zielone światło. Podtrzymujesz tą opinię?

 

Nie powiedziałbym, że uwielbiam to rozwiązanie, ale wydaje mi się, że każda dyscyplina sportu powinna szukać pomysłu na udoskonalenie. Przeraża mnie myślenie typu: tak jest od lat, tak ma pozostać, niczego nie zmieniajmy. To byłby zupełnie odmienny sposób startu. W innych sportach motorowych najlepsi fachowcy na świecie startują na sekwencję świateł. Tak jest w Moto GP i Formule 1. Oczywiście, że zanim wprowadzimy zmiany, powinniśmy przetestować ten system sygnalizacji, aby uniknąć wpadek. Może powinniśmy znaleźć przedział czasu, który sprawi, że zawodnicy swobodnie ustawią się na polach, a potem będą bacznie wypatrywać zielonego światła? Mamy taśmę, maszynę startową, zawodnicy ścigają się przez 4 okrążenia. Tak mówi żużlowa tradycja. Nie oznacza to, że jeżeli znajdziemy ciekawszy sposób na speedway, wciąż mamy bezkrytycznie słuchać tradycjonalistów.

 

Ach, wy Wodnicy, subtelni rewolucjoniści…

 

Pamiętasz starty z betonowej płyty? Człowiek żyje, dopóki się rozwija. Dziś nikomu nie przyszłoby na myśl, aby wracać do pól startowych z betonową płytą. Uwielbiam eksplorację.

 

A propos poszerzania półkul mózgowych… Skoro Argentyna wpadła na pomysł, aby skutecznie negocjować z promotorem mistrzostw świata w motocrossie – firmą Youthstream, to dlaczego żużel tak broni się przed organizacją Speedway GP w Argentynie? Latynosi kochają speedway. Entuzjazm, spontaniczność, szybki wybuch emocji, a wyścig to przecież sprint… Idealna kombinacja.

 

Ciekawy pomysł. Mamy określony sposób postępowania przy nowych projektach geograficznych. Przyglądamy się potencjałowi danego regionu i szukamy rozsądnego, lokalnego promotora. Doświadczenie podpowiada nam, że musimy bazować na bardzo solidnym lokalnym organizatorze. Ktoś powie: przecież IMG to globalna, potężna firma, więc w czym problem? Zgoda, ale nasz kręgosłup, mały zespół ludzi skupiony wokół speedwaya, stacjonuje w Londynie. To sprawia, że trudno zorganizować z rozmachem tak poważną imprezę poza Europą. Zbyt skromne zasoby ludzkie są sporym ograniczeniem. Chcąc dobrze zorganizować GP Argentyny musimy znaleźć lokalnych ekspertów świetnie orientujących się w marketingu, a ponadto chcących zainwestować pieniądze w żużel. I to długofalowo. Drugim niezbędnym elementem jest miejscowy matador. Kiedy wkraczasz na nowe terytorium, potrzebujesz mocnego uderzenia. Pierwsza impreza musi wypalić. Przetestowaliśmy ten patent w Auckland. Mieliśmy wspaniałego partnera biznesowego, ale Nowozelandczycy nie zakochali się w żużlu, bo nie posiadają choćby jednego klasowego jeźdźca. Jason Bunyan nie był najgorszy, ale brak nowych obiecujących zawodników wywodzących się z Nowej Zelandii, okazał się sporym problemem. Fani poczuli się zniechęceni, skoro nie mieli komu kibicować. Trudno zachęcić ludzi do przyjścia na stadion, skoro nie ma rodzimej gwiazdy, która mogłaby wygrać choćby pojedynczy wyścig w cyklu GP. Jest szereg pomniejszych elementów, które powinny zadziałać, aby udało się przeprowadzić GP na „emigracji”, ale dwa podstawowe filary to: lokalny promotor plus zawodnik dobrej klasy.

 

Argentyna ma ciekawych zawodników: Iturre, Garcia, Clemente, Iglesias, Martinez…

 

Racja. Dlatego może nie czas i pora, aby organizować w Argentynie zawody cyklu GP, bo więcej atutów posiada Australia. Nigdy nie mówię nigdy. Może z czasem, gdy pojawi się sensowny promotor, przedstawi nam ciekawą ofertę i miejsce rozgrywania zawodów, może Argentyna doczeka się światowej premiery? Nie będę owijał w bawełnę: Argentyna nie jest dla nas priorytetem. Mamy inne kraje na „żużlowym” celowniku…

 

Mówiąc inne nacje, Torben myślał o terytorium, które przez lata wydawało się obcym dla IMG/BSI. Syn Ole dopiął swego, bo w 2019 roku do kalendarza mistrzowskich imprez wkroczy Rosja! Rozumowanie jest logiczne: skoro Emil Sajfutdinow, Artiom Łaguta i Gleb Czugunow sięgnęli we Wrocławiu po złote medale w zawodach Speedway of Nations, to nadszedł idealny moment, aby speedway w mistrzowskim wydaniu podbił ziemię carów. 20 i 21 lipca 2019 roku na stadionie imienia Anatolija Stiepanowa w Togliatti zostaną rozegrane finałowe zawody Speedway of Nations. Torben, gratulacje za znalezienie rzetelnego partnera w Rosji... Czekamy aż Speedway GP zawita do Bratysławy (Słowacja), Bahia Blanca (Argentyna) i Marmande (Francja)…

Tomasz Lorek, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze