Tych spotkań z Andrzejem były potem setki. Najpierw gdy był trenerem kadry narodowej (dwukrotnie) i doprowadził polską reprezentację do największego sukcesu w ostatnich dziesięcioleciach (4 brązowe medale olimpijskie w Seulu 1988: Janka Dydaka, Henryka Petricha, Andrzeja Gołoty i Janusza Zarenkiewicza). Potem gdy był blisko doprowadzenia do olimpijskiego medalu w Barcelonie Ole Klementsena z Norwegii (Ole przegrał o medal z Anglikiem Robinem Reidem). Potem gdy prowadził po wielkie sukcesy na zawodowych ringach: Andrzeja Gołotę, Tomasza Adamka, Mateusza Masternaka… Potem gdy komentowaliśmy razem przez wiele lat walki w Polsacie Sport...

 

Ostatnio raz rozmawiałem z Andrzejem w niedzielę, dwa dni przed jego śmiercią. Pogadaliśmy jeszcze raz o walce Szpilki z Wachem, trochę się pośmialiśmy. Andrzej, jak to Andrzej. Nie byłby sobą gdyby nie pożartował: „Zdenerwowali mnie trochę ci kibice Wacha, którzy wywołali awanturę pod ringiem po walce. Znam ich kilku, Chyba zaproszę ich na wycieczkę nad Bałtyk i sprawdzę czy mają karty pływackie” - rzucił.

 

Uwielbiałem te opowieści Andrzeja. Fantazja mieszała się w niej z faktami. Kiedyś prowadził trening bokserski na Targówku. Strasznie przeszkadzali mu w tym menele z pobliskiego budynku. Któregoś dnia jak ich zobaczył, oznajmił im że odzyskał ten dom w procesie reprywatyzacji i zamierza przerobić go na luksusowy hotel, jak w Wenecji: „Tylko powiedźcie żonom, żeby szybko zbierały pranie, bo jutro wchodzi ekipa remontowa” - postraszył ich. Twierdził, że podziałało.

 

Innym razem dzwoni do Maćka Miszkinia, że spóźni się na trening: „Wpadłem Maciek w korek, na moście Siekierkowskim. Jacyś cyganie przechodzą przez pasy.” Maciek zaskoczony, ale pyta rezolutnie: „Trenerze, ale przecież na Siekierkowskim nie ma pasów, skąd tam cyganie”. Andrzej prostuje: „Może to nie byli cyganie, już dojeżdżam”.

 

Miał niesamowite oko jako trener i potrafił zarazić entuzjazmem swoich pięściarzy. Wielki fachowiec, ale też wielki farciarz. Zawsze miał sto spraw na głowie. A sto pierwsza czekała.

 

Człowiek wielkiego sportowego sukcesu, ale prywatnie życie go nie oszczędzało. Tragiczna śmierć syna w Norwegii, oficjalnie samobójstwo, ale Andrzej mówił mi że w to nie wierzy. Potem choroba jego młodej, pięknej żony Agnieszki, która zaczęła tracić wzrok gdy oczy zaatakowała straszna bakteria i potrzebowała pomocy przy opiece nad ich córeczką.

 

Andrzej nigdy nie pokazywał smutnej twarzy, zawsze był pozytywnie nastawiony do życia, pełen energii, pomimo tych ciosów które na niego spadały. Kilka raz mu mówiłem: „Andrzej, jesteś dla mnie bohaterem. Podziwiam Cię jak dajesz sobie z tym wszystkim radę. Ja też jestem optymistą, pozytywnie nastawionym do życia, ale nie wiem czy tak dzielnie bym się zachował gdybym był na Twoim miejscu”.

 

Nasze ostatnie rozmowy miały zawsze dwa tematy: boks i jak tam zdrowie Agnieszki, jak córeczka.

 

- Andrzej, jak one sobie dadzą radę beze mnie? Muszę je jakoś zabezpieczyć- martwił się.

 

Będzie je wspierał z nieba. Był dobrym człowiekiem. To ważniejsze niż wszystkie jego trenerskie i komentatorskie sukcesy.