Głosuj na Sportowca Roku 2018 w 84. Plebiscycie Przeglądu Sportowego.

 

Prowadzenie Polaków jest dla mnie zaszczytem i nobilitacją. Przychodzę, żeby zdobyć olimpijski medal w Tokio – oznajmił Heynen na wstępie. Zaskakiwał i szokował właściwie od początku. Podejmował decyzje, po których eksperci i kibice łapali się za głowy. Ryzykował właściwie od początku pracy w Polsce. Najpierw naraził się, traktując bez należytej atencji Ligę Narodów. W towarzyskich, ale przecież prestiżowych, a w naszym kraju wręcz kultowych rozgrywkach śmiał eksperymentować. W każdym meczu wystawiał inny skład, sprawdzał młodych, mieszał ustawieniami i kompletnie odpuścił turniej finałowy, zostawiając w domu najlepszych zawodników. Już wtedy na jego głowę posypały się pierwsze gromy, gdyż naraził się wszystkim świętym polskiej siatkówki.

 

Ale to był dopiero początek, bo przed mistrzostwami świata Heynen nadal szokował. Skład na imprezę wybrał kilka tygodni przed jej rozpoczęciem, choć trenerzy zwykle czekają z takimi decyzjami do ostatniej chwili. Powołał tylko trzech środkowych, a pytany, co zrobi w przypadku kontuzji jednego z nich, odpowiadał z szerokim uśmiechem, że przestawi na środek Bartosza Kurka. Żartował, czy mówił poważnie? Do dzisiaj nie wiemy. Wiadomo jednak, że miał rację. Wbrew wszystkiemu i wszystkim z uporem maniaka stawiał na słabo grającego Kurka. Wszyscy mu to odradzali, ale Heynen wiedział swoje. I co? Siatkarz odrodził się podczas mistrzostw świata i poprowadził biało-czerwonych do złotego medalu. Został wybrany MVP turnieju, a kilka tygodni później wyróżniono go tytułem najlepszego siatkarza Europy 2018 roku.

 

Więcej o Vitalu Heynenie można przeczytać TUTAJ.