Ktoś mógłby pomyśleć, że jeden z najważniejszych polskich klubów właśnie wstawia do gabloty kolejne trofeum. Jest jednak zupełnie odwrotnie. Wciąż jest bardzo prawdopodobne, że klub zbankrutuje i wycofa się z rozgrywek.

 

Patrząc na obrazki, wszystko gra. Wisła mimo pechowej porażki z Lechem Poznań, naprawdę bardzo ładnie gra w piłkę. Zajmuje ósme miejsce w tabeli, ma bardzo dobrego, związanego z klubem także emocjonalnie trenera młodego pokolenia, ciekawie dobrany skład, przyzwoitych zawodników, którzy pokazują charakter także godząc się na grę przez kilka miesięcy bez pieniędzy. Do tego piękny stadion, tysiące kibiców, którzy pod względem średniej liczby na meczu są trzecią publicznością w Polsce.

 

Jednak wszystko co wokół to jest jedna wielka farsa. Poziom drwin z tego co dzieje się wokół klubu w ostatnich dniach, obserwując media społecznościowe, wypowiedzi kibiców, dziennikarzy, ludzi ze środowiska, osiąga absurdalne rozmiary. Skompromitowani działacze klubu usiłują bowiem na szybko sprzedać zadłużoną Wisłę. W Krakowie ląduje tajemniczy Francuz z Kambodży, podobno milioner, ale kompletnie nieznany. W dodatku przyleciał tanimi liniami, jego wspólnikiem ma być Szwed, którego siedziba mocno intrygującej firmy znajduje się w sklepiku z cygarami oraz polski menedżer, który nie przeprowadził żadnego poważnego transferu, ale ma zdjęcie z Bońkiem. Media prezentują zdjęcia (głównie pleców) potencjalnych nowych właścicieli podczas pierwszych rozmów w hotelu, później "grupa kambodżańska" z perspektywy loży obserwuje mecz i udaje się na rozmowy z prezydentem Krakowa. Prezydent mówi, że: "wygląda na to, że mają pieniądze, a nie tylko mają mieć…". Na dowód tego biznesmen z Kambodży przedstawia makietkę z ogromnych centrum szkoleniowym, które podobno wybudował w Chinach. I obiecał, że podobne wybuduje w Balicach. Na widok dziennikarzy, w zamkniętym pomieszczeniu… rozkłada parasolkę. Pojawia się informacja, że inwestorom bardziej zależy na terenach Wisły niż na samym klubie, ale władze klubu błyskawicznie to dementują. W tym czasie słowo Kambodża staje się najczęściej używanym w sieci przez zainteresowanych polską piłką. Memów i robienia sobie żartów nie ma końca. Można nawet powiedzieć, że ta komedia jest nawet wciągająca, naprawdę chwytliwa medialnie, świetnie pewnie "klikają się" kolejne jej odcinki, publika ma ubaw po pachy. I nie ma chyba nikogo poważnego, kto wierzyłby, że akurat ci goście, którzy teraz wylądowali w Krakowie uratują klub.

 

Tyle, że tu szkoda Wisły Kraków. Jednego z najbardziej zasłużonych polskich klubów. Czegoś co jest wartością samą w sobie. Tu nie chodzi jedynie o kilkadziesiąt milionów złotych długów. Tak naprawdę jej rzeczywista wartość jest trudna do oszacowania, tak jak i straty wynikające z jej zniknięcia. Czy Ekstraklasa jako produkt będzie przedstawiała tę samą wartość już bez tej marki? To jest pytanie czysto retoryczne, a można podobnych postawić wiele. Jak choćby to czy mecz Wisły, na który przychodzi po kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy ludzi, nie jest dla miasta po prostu bardzo znaczącym wydarzeniem?

 

Nie jest oczywiście wyjściem z sytuacji pompowanie pieniędzy z publicznych środków za każdym razem, kiedy ktoś aktualnie zarządzający klubem narobi smrodu, ale stworzyć jakieś mechanizmy bezpieczeństwa chyba można by było. Takie, które weryfikowałyby próbujących przejąć klub, a później wnikliwiej przyglądały się ich działalności. Pewnie, że przykładając do tematu miarę wyłącznie biznesową, nie powinno być sentymentów. Nie masz pieniędzy, źle zarządzałeś, jesteś bankrutem, to do widzenia! A jeśli coś jest na sprzedaż, to może to kupić każdy kogo stać… Wisła Kraków jest jednak jakimś dobrem narodowym, a nie padającym warsztatem blacharskim w Nowej Hucie.