Organizacja gali UFC 232 w ostatnim tygodniu nadaje się na serialowy scenariusz. I to składający się z kilku sezonów. Śladowe ilości zakazanej substancji w organizmie Jonesa, saga licencyjna, przenosiny gali z Nevady do Kalifornii. Pretensje, żale, roszczenia... Do ostatniej chwili, nawet po ceremonii ważenia, niektórzy twierdzili, że to całe zamieszanie skrojone specjalnie pod "Bonesa" może wykraczyć się na ostatniej prostej.

 

Szef UFC nie ukrywał, że na tej całej relokacji firma będzie stratna dobrych kilka milionów. Skorzystanie z pomocnej ręki Sportowej Komisji Stanowej było jednak jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Z szacunku do wszystkich zawodników, którzy mieli za sobą wielomiesięczne przygotowania, a przede wszystkim z szacunku do Gustafssona, to wydarzenie musiało się odbyć. Nawet kosztem sześciozerowych sum.


Szwed miał za sobą poparcie większości świata wszechstylowej walki wręcz. Zatrzymać bezczelnego, aroganckiego, pewnego siebie i grającego nieczysto Jonesa - takie zadanie Gustafsson otrzymał od środowiska MMA. Dla niego osobistym wyzwaniem było również zrewanżowanie się "Bonesowi" za porażkę sprzed pięciu lat, z którą nie pogodził się do dzisiaj. Ba, nawet na wyjście do oktagonu w Inglewood wybrał utwór Avicii - Wake Me Up. Ten sam, przy którym wychodził do pierwszej walki z Jonesem na UFC 165.

 

O niespodziance jednak trzeba było szybko zapomnieć. Już w pierwszej rundzie Amerykanin kopnięciami osłabił wykroczną nogę Szweda. Odebrał mu mobilność i szybkość. Atuty, którymi miał przeciwstawić się Jonesowi. Amerykanin być może nie błyszczał, ale pamiętajmy, że powracał po 518-dniowej przerwie, najdłuższej w jedenastoletniej karierze. Kropkę nad "i" postawił w trzeciej rundzie po obaleniu i serii ciosów.

 

Gustafsson z klasą przyjął porażkę. Nie szukał wymówek. A Jones? Błyskawicznie, w swoim stylu, uderzył w mistrza kategorii ciężkiej Daniela Cormiera, który już dwukrotnie musiał uznać jego wyższość. - Tatuś powrócił. Cormier nigdy nie był mistrzem tej kategorii wagowej. Nigdy mnie nie pokonał i mówię to głośno i wyraźnie: nigdy nie był podwójnym mistrzem - rzucił bezczelnie podważając osiągnięcia "DC".

 

Jones jest niepokonany od piętnastu wygranych walk i w tej statystyce przed nim jest tylko legendarny Anderson Silva (16). Jedenastym zwycięstwem w walce mistrzowskiej dogonił w zestawieniu Brazylijczyka. Na wyciągnięcie ręki są już natomiast Demetrious Johnson (12) oraz Georges St-Pierre (13).

 

Bez dyskusji 31-letni Amerykanin ma papiery, aby zostać najlepszym w historii. I sportowo niepodważalnie jest na samym szczycie tej układanki. Pozaoktagonowe skazy w jego życiorysie nie pozwalają jednak przekonać do swojej osoby wszystkich wiernych. Poczekajmy także na ostateczne rozstrzygnięcia Sportowej Komisji Stanu Kalifornia, bo mam wrażenie, że kolejny odcinek "pikogramowej sagi" jeszcze się odbędzie.

 

Jones ponownie, wygodnie zasiadł głęboko w swoim, nieco zakurzonym tronie. Musi jednak korzystać skrzętnie ze swoich defensywnych zapasów, bo na obalenie aktualnego króla czeka spora rzesza sportowej rodziny. Ma za sobą wieczne zaufanie szefa Dany White'a, ale kolejny skandal "Bonesa" na twarzach zdecydowanej większości wywołałby szeroki uśmiech. Z radością i dumą powiedzieliby wtedy: "A nie mówiłem!".

 

Ja jednak, być może naiwnie, wierzę w cudowne oświecenie, cudownego dziecka MMA...