Takie historie wymyślają albo scenarzyści filmowi - i wtedy uchodzą za kiczowate i niewiarygodne, albo pisze je życie - i wtedy przechodzą do historii jako absolutnie wyjątkowe. Ta sprzed dwunastu miesięcy, nie dość, że napisana przez samo życie, ma jeszcze tę dodatkową wartość, że jest pouczająca.

 

Żeby uświadomić sobie skalę dramaturgii, jaka towarzyszyła ubiegłorocznemu głosowaniu warto przypomnieć sobie - w najogólniejszym choćby zarysie - jego zasady. Głosowanie w Plebiscycie Przeglądu Sportowego i Polsatu na Najlepszego Sportowca Roku podzielone jest na dwie tury. Jedna trwa grubo ponad miesiąc i można wtedy głosować na wiele różnych sposobów (internet, sms, kupony z gazet). Ta pierwsza tura kończy się dzień przed Galą Mistrzów Sportu. Druga tura to z kolei zaledwie kilkadziesiąt minut podczas samej gali. I jest to już wyłącznie głosowanie smsowe. 

 

Teoretycznie zatem, jak chodzi o ostateczne plebiscytowe rozstrzygnięcia, wszystko powinno być jasne 24 godziny przed
galą. No właśnie, teoretycznie...

 

Kiedy w pochmurną, choć jak na początek stycznia ciepłą sobotę w warszawskim hotelu DoubleTree by Hilton trwały ostatnie przygotowania do Gali Mistrzów Sportu, wydawało się, że odpowiedź na najważniejsze pytanie dnia jest znana: Najlepszym Sportowcem Polski 2017 roku zostanie Robert Lewandowski.

 

"Lewy" miał za sobą fantastycznych dwanaście miesięcy. Nie tylko w klubie, ale - może nawet przede wszystkim - w reprezentacji. W sześciu meczach eliminacji zagrał sześć razy po 90 minut. W pięciu z tych spotkań trafiał do bramki, w sumie uzbierał w nich dziewięć goli. Mundialowe kwalifikacje kończył jako król strzelców z dorobkiem 16 trafień. Z tezą, że to na plecach kapitana Polacy dostali się na mundial, trudno było dyskutować...

 

Nie dyskutowali również kibice. Po przeliczeniu oddanych przez nich głosów w pierwszej turze wyborów okazało się, że napastnik Bayernu zdecydowanie wyprzedza konkurencję.

 

I kiedy szef hotelowej kuchni doglądał przygotowania głównego dania wieczoru - pieczonej w ziołach polędwiczki z mangalicy, a realizatorzy gali planowali drogę, którą podąży na scenę Anna Lewandowska, by w imieniu męża odebrać zasłużoną statuetkę, tysiąc kilometrów dalej, w austriackim Bischofshofen na szczyt skoczni narciarskiej wjeżdżał Kamil Stoch.

 

Polski skoczek miał za sobą rok niezły, ale na pewno nie najbardziej udany w karierze. Klasyfikacji generalnej Pucharu Świata nie wygrał, w głównej imprezie roku - mistrzostwach świata w Lahti - zdobył wprawdzie złoto, ale w drużynie; w konkursach indywidualnych nie stanął na podium.

 

Nic dziwnego, że nie był faworytem Plebiscytu. Dość powiedzieć, że jeszcze 5 stycznia 2018 roku, w przeddzień Gali Mistrzów Sportu, pytaliśmy na stronie Polsatsport.pl, czy ktokolwiek ma szansę rozdzielić duet Robert Lewandowski - Anita Włodarczyk, który w dwóch poprzednich latach zamieniał się na najwyższych miejscach podium. Wydawało się, że nie...

 

Ale nieco ponad godzinę przed rozpoczęciem gali, około 18.50, a więc i przed rozpoczęciem drugiej tury głosowania, Kamil Stoch oddał ósmy fantastyczny skok w ciągu dziesięciu dni. Wygrał Turniej Czterech Skoczni, zwyciężając - jako dopiero drugi skoczek w historii - we wszystkich czterech konkursach. I zaczęło się szaleństwo.

 

Najbardziej doświadczeni specjaliści od obsługi aplikacji służących do przeprowadzania konkursów i głosowań smsowych przecierali oczy ze zdumienia. Do prowadzącego Roberta Lewandowskiego, na którego wciąż oddawano sporo głosów, Kamil Stoch zbliżał się z prędkością lawiny śnieżnej. Mijał po drodze kolejnych rywali. Wciąż jednak wydawało się, że to "Lewy" zwycięży. Kiedy prowadzący galę zapraszali widzów na ostatnią przerwę reklamową, po której mieliśmy poznać ostateczne wyniki, piłkarz wciąż ze skoczkiem prowadził.

 

A potem była jeszcze piosenka Macieja Maleńczuka. Kiedy się zaczynała, nadal prowadził Lewandowski, gdy wybrzmiewały ostatnie dźwięki - już Stoch. Jak ujawnił w swoim felietonie Marian Kmita, Dyrektor ds. Sportu Telewizji Polsat, Kamil wyprzedził Roberta na dwie minuty (!) przed końcem smsowego głosowania. Próbie ognia poddani zostali też wszyscy, którzy przy realizacji i obsłudze gali pracowali. Kto wyjdzie na scenę jako przedostatni, a kto jako ostatni? Jak się do tego przygotować? Ostatecznie wszystko udało się znakomicie i z zakończenia oficjalnej części imprezy zapamiętaliśmy Ewę Bilan-Stoch uśmiechającą się radośnie znad sznura czerwonych góralskich korali.

 

Tamten wieczór i tamten pojedynek na ostatniej prostej między znakomitym piłkarzem i świetnym skoczkiem dostarczył kibicom emocji nie mniejszych niż sportowe widowiska, ale - o czym już wspomnieliśmy - okazał się też pouczający. Udowodnił, że naprawdę każdy głos się liczy, że na wspieranie swojego faworyta nigdy nie jest za późno.

 

Ale z drugiej strony zasiał pewną wątpliwość: czy sportowcy, którzy nie mają okazji w pierwszy weekend stycznia zaimponować kibicom nie są przypadkiem nieco pokrzywdzeni? I czy sukcesy, choćby najbardziej spektakularne, osiągnięte w pierwszych dniach nowego roku powinny mieć znaczenie przy wyborze najlepszego sportowca roku poprzedniego?

 

Może warto, choć przez chwilę, zważyć te racje przed oddaniem głosu w ostatniej chwili. Ale - i to już nie może, a na pewno - warto być z nami i z najlepszymi polskimi sportowcami w pierwszy sobotni wieczór 2019 roku. Gala Mistrzów Sportu w sobotę 5 stycznia od 19.00 w Polsacie Sport i od 20.00 w Polsacie.