Mateusz Sochowicz w olimpijskich zmaganiach saneczkarzy w jedynkach zajął dopiero 27. miejsce. O Polaku nie mówiło się jednak ze względu na zajętą lokatę, ale to, że do trzeciego ślizgu przystąpił bez maski chroniącej twarz, czyli tzw. wizjera. - Dotarłem na dół cały i zdrowy, więc jestem zadowolony. Kilka błędów popełniłem, jednak w tych warunkach to uważam, że i tak wyszło całkiem nieźle - mówił 21-letni olimpijski debiutant już po starcie w Pjongczangu.

 

W listopadzie 2018 Sochowicz rozpoczął kolejny sezon startów, a na początku stycznia 2019 gościł w niemieckim Konigsee, gdzie miały zostać rozegrane zawody Pucharu Narodów. Polak na starcie jednak nie stanął, bo podczas czwartkowego treningu zaliczył bardzo groźny upadek. - Wyjechałem z kreisla. Miałem dużą wysokość. Odbiłem się, choć myślałem, że wyprowadzę sanki. Obróciłem się i uderzyłem twarzą w bandę toru. Straciłem przytomność. Wydawało się, że pamiętam coś z tego wypadku, ale obudziłem się, kiedy sanki mijały mnie drugi raz - mówi Sochowicz o feralnym upadku w rozmowie z Onet Sport.

 

- Początkowo myślałem, że to sanki mnie uderzyły. To jednak ja uderzyłem w ścianę toru - opowiada Sochowicz, który tym razem miał na głowie tzw. wizjer. Maska przetrwała, choć według informacji Onet Sport, złamały się przy niej uchwyty.

 

Co ciekawe, Sochowicz nie trafił od razu do szpitala, tylko chciał kontynuować treningi. Dopiero za namową kolegów i sztabu szkoleniowego został przewieziony do szpitala w Berchtesgaden, skąd trafił do innego ośrodka - w Bad Reichenhall. Miał tam zostać co najmniej do niedzieli 6 stycznia. Niemieccy lekarze zdiagnozowali u naszego saneczkarza pękniętą kość jarzmową czaszki, a także podejrzewali wstrząśnienie mózgu. - Cały czas coś chrupie w szczęce. Nie będzie jednak konieczny zabieg. Nie ma wielkiego śladu. W pierwszy dzień wyglądałem tak, jakby osa mnie użądliła, w drugi dzień wyskoczyło limo. Wyglądam jak bokser po walce - mówi Sochowicz.

 

Polak może więc mówić o wielkim szczęściu w nieszczęściu. W przeszłości na torze w Konigsee zdarzały się nawet wypadki śmiertelne, a jeden z nich miał miejsce rok po oficjalnym otwarciu toru. W 1969 roku w bawarskim miasteczku zostały rozegrane mistrzostwa świata, w których udział wziął Stanisław Paczka. Olimpijczyk z Grenoble wypadł z toru podczas pierwszego ślizgu i uderzył w drzewo. Jego życia nie udało się uratować. Później kwestie bezpieczeństwa na tym właśnie obiekcie uległy znacznej poprawie.

 

Ostatni śmiertelny wypadek na saneczkarskim torze miał z kolei miejsce w 2010 roku, podczas treningu przed IO w Whistler. Wtedy zginął Gruzin Nodar Kumaritashvili.