Pamiętam swoją ostatnią rozmowę z Agatą Wróbel, dziesięć lat temu. Właśnie wróciła z Anglii, gdzie spędziła sporo czasu. Myślała, że ucieka do innego, lepszego świata, ale to były złudzenia.   – To powrót na stare i na stałe. Anglia to temat zamknięty. Na pewno nie będę tam mieszkać – mówiła mi w wywiadzie dla „Rz”.

 

Chciała ruszyć w pogoń za utraconym czasem i światową czołówką, ale  już wtedy miała poważne problemy zdrowotne. – Jeśli się z nimi uporam, to wyznaczę sobie ambitne cele. Na razie nie ma o czym mówić – zakończyła krótką rozmowę.

 

Zawsze budziła silne emocje. Również wtedy, kiedy nieoczekiwanie znikała i  kiedy wracała. Tak jest i teraz, gdy prosi o pomoc.

 

Agata Wróbel miała zaledwie 19 lat, gdy na igrzyskach w Sydney (2000) zdobyła srebrny medal w najcięższej kategorii. Jej walka na olimpijskim pomoście z Chinką Ding Meiyuan przejdzie do historii tej dyscypliny. Obie biły rekordy świata, ale ostatnie słowo należało do starszej i przysadzistej Chinki. Wróbel, mocarna dziewczyna z Jeleśni, zaczynała karierę od trójboju siłowego w Góralu Żywiec. Jej pierwszym trenerem był Edward Tomaszek. Miała 15 lat, gdy zdobyła mistrzostwo Polski młodziczek w Kielcach. Podnoszenie ciężarów zaczęła trenować w marcu 1997 roku. Podrzuciła wtedy tylko 65 kg i chciała wyjechać z pierwszego zgrupowania. Trzy lata później pobiła trzy rekordy świata, wszystkie rekordy Europy i rekordy świata juniorek i stanęła na olimpijskim podium. Ówczesny trener kobiecej kadry, Ryszard Soćko twierdził, że Wróbel miała ogromne szanse, by stanąć też na podium w Pekinie (2008). Byłby to jej trzeci olimpijski medal (w 2004 roku w Atenach była trzecia). Ale na kilkanaście miesięcy przed igrzyskami wybrała inne życie. Wyjechała do Anglii.

 

Kilka razy zmieniała pracę, związała się z Colinem Andersonem, angielskim strongmanem, który później przyjechał z nią do Polski. Soćko wierzył, że powrót Agaty na pomost może się udać.

 

– Dobrze wygląda, schudła 15 kg. Na razie nie stawiam żadnych wymagań, niczego od niej nie chcemy. Zaczniemy od kompleksowych badań, później będzie operacja kontuzjowanego nadgarstka. Poczekamy, zobaczymy. Do starych spraw nie wracam, bo i po co – mówił mi Soćko, który mocno przeżył wtedy wyjazd Agaty. Była jego najlepszą zawodniczką, tak naprawdę jedyną, która mogła z powodzeniem walczyć raz jeszcze o olimpijskie podium.

 

Ale sportowy powrót się nie udał, Agata Wróbel poddała się na długo przed igrzyskami w Londynie (2012). Najlepsza polska sztangistka nie potrafiła sobie poradzić z licznymi problemami poza pomostem, nie tylko zdrowotnymi. Dziś szuka pomocy u innych.

 

Minister sportu już wyciągnął rękę. Zaprasza na rozmowę, by wspólnie poszukać pomysłu na lepszą przyszłość. Ale takie inicjatywy były przecież już wcześniej.

 

Agacie Wróbel chciał pomóc były prezes PZPC Szymon Kołecki i obecny Mariusz Jędra, o czym zresztą czytamy w oświadczeniu ciężarowego związku.

 

- Dla Agaty Wróbel widzieliśmy  miejsce w szkoleniu centralnym, a także, gdyby tylko zechciała, w Biurze PZPC. Jako wybitna sztangistka, o imponujących dokonaniach, jest pięknym wzorem dla młodzieży, inspiracją, przykładem tego, że niemożliwe staje się możliwe. By pomoc była skuteczna pomocna potrzebna jest jednak wola obydwu stron. Ze smutkiem należy stwierdzić, że po stronie Pani Agaty- nie wiemy dlaczego- takiej woli nie było, zawsze kontakt urywał się po jej stronie – informuje PZPC w swoim oświadczeniu. 

 

Wicemistrzyni olimpijska z Sydney od trzech laty ma już prawo do olimpijskiej emerytury, ale to wciąż młoda, zaledwie 38 letnia osoba. Ponoć zaszyła się gdzieś w okolicach Bielska Białej, skąd śle rozpaczliwe apele. Przyznaje że jest chora, zadłużona, że ściga ją komornik. Ludzie już rozpoczęli zbiórkę pieniędzy, ale  tu chyba nie tylko o to chodzi.

 

Agacie Wróbel trzeba pomóc w powrocie do normalnego życia, bo sama nie da sobie rady, a zbiórki pieniędzy wszystkich problemów nie rozwiążą.