Skoki narciarskie to chyba najdziwniejsza dyscyplina jaką znam. Najtężsi fachowcy mylą się w swoich opiniach nader często, tak jakby nie wiedzieli, że tu nie można niczego być pewnym, bo każdy, kolejny skok uczy pokory.

 

Dawid Kubacki spisywał się ostatnio coraz lepiej. W Predazzo wygrał swój pierwszy konkurs Pucharu Świata, a w Zakopanem pobił w konkursie drużynowym rekord Wielkiej Krokwi (143,5 m) i w dużej mierze przyczynił się do trzeciego miejsca naszej drużyny. Jeśli dodamy jeszcze jego wygrane w dwóch seriach treningowych przed kwalifikacjami do niedzielnego konkursu i w serii próbnej, to otrzymamy obraz skoczka w naprawdę wysokiej, stabilnej formie. I co robi Kubacki w pierwszej serii? Skacze 128 m i na półmetku jest 16. W drugiej się poprawi (130 m) i zajmie ostatecznie miejsce 12., najlepsze z Polaków.

 

A jak określić to, co zrobił Kamil Stoch nie kwalifikując się do finałowej próby? Przecież w serii próbnej był drugi, za Kubackim. Wcześniej też spisywał się na tyle dobrze, że mogliśmy oczekiwać od niego walki o miejsce na podium w Zakopanem. Jakby nie było to drugi skoczek w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Piotr Żyła zajmuje trzecie miejsce, Kubacki teraz już piąte, z czwartego zepchnął go Stefan Kraft. Czego można chcieć więcej, przecież to obraz potęgi polskich skoków.

 

Ale w Zakopanem poniżej oczekiwań spisywał się też lider PŚ, Japończyk Ryoyu Kobayashi. Po pierwszej serii był 23., w drugiej próbie pokazał jednak, że jeszcze się nie skończył i awansował na siódme miejsce.

 

Adam Małysz, który jeszcze przed rozpoczęciem Turnieju Czterech Skoczni twierdził, że Stoch jest głównym faworytem, mając zapewne w pamięci fantastyczne skoki Kamila podczas mistrzostw Polski, teraz mówi, że jest w szoku i nie rozumie co się stało na Wielkiej Krokwi.

Stefan Horngacher, trener naszych skoczków też nie potrafi wyjaśnić dlaczego Stoch i Kubacki skakali gorzej niż potrafią. Ale to tylko potwierdzenie niewytłumaczalności tej dyscypliny. Może dlatego jest tak magiczna, bo niezrozumiała?

 

Mnie nurtuje inne pytanie, czy jest się czego obawiać w kontekście mistrzostw świata, które rozpoczną się pod koniec lutego w Seefeld. Patrząc tylko na miejsca Polaków w klasyfikacji generalnej PŚ nie ma podstaw do niepokoju. Ale myślę, że ich nierówna forma daje powody do obaw, bez względu na to, co mówią Małysz, Horngacher czy inni fachowcy ze sztabu naszych skoczków.

 

Po pierwsze wciąż nie ma stabilnego składu do konkursu drużynowego. Horngacher mocno wierzy w Macieja Kota, i stawia, że to on będzie tym czwartym. W sobotę Kot nie zawiódł, skoczył lepiej niż przewidywano, ale w niedzielę spisał się już znacznie gorzej w odróżnieniu od Stefana Huli. W kolejce do drużyny są jeszcze Jakub Wolny i Aleksander Zniszczoł, ale nie sądzę, by trener im zaufał i zabrał na mistrzostwa świata.

 

Najbardziej martwi mnie dyspozycja Żyły, bo to nie jest ten sam skoczek, który na początku sezonu nie schodził z podium w konkursach PŚ. O Kubackiego i Stocha jestem spokojniejszy, szczególnie o tego drugiego. Przed rokiem najpierw ustanowił rekord Wielkiej Krokwi (141,5 m), a dzień później zawalił konkurs indywidualny, nie kwalifikując się do drugiej serii. Co było w dalszej części sezonu pamiętamy: złoto i srebro igrzysk w Pjongczangu, wygrane turnieje w Willingen, Skandynawii i Planicy, a na koniec Kryształowa Kula. Jestem przekonany, że Stoch i teraz wyciągnie wnioski z tego, co się stało w Zakopanem. Mam nadzieję, że z Kubackim będzie podobnie, bo formy nagle nie stracił. Po prostu w niedzielę, w pierwszej serii popełnił błąd, za który zapłacił brakiem miejsca na podium, na które wszyscy liczyliśmy.

 

Ale nie zmienia to mojej opinii, że powody do niepokoju jednak są. Mam tylko nadzieję, że rozwieją je kolejne występy polskich skoczków.