Emiliano Sala, bo o nim oczywiście mowa, w sobotę pożegnał się z kolegami z Nantes i wyruszył do Cardiff, gdzie miał grać po transferze za 17 milionów euro. Jak wiemy, awionetka, którą leciał, zaginęła, a poszukiwania nie przyniosły żadnych rezultatów.

Kita, gdy dowiedział się o zaginięciu samolotu, z początku po prostu w to nie uwierzył przekonany, że to jakiś dziwny zbieg okoliczności, brak lub przekłamanie informacji. W telewizji CNews, nie dał tym wieściom wiary i był bardzo sceptyczny. Dopiero później, gdy tragiczne informacje się rozchodziły i potwierdzały, na antenie niezwykle popularnego radia RTL (ponad 5 milionów słuchaczy) nie wytrzymał. Głosem zniekształconym przez emocje wyraził głęboki niepokój o losy zaginionego piłkarza.

– Godziny oczekiwania dłużą się niemiłosiernie. Modlimy się za Emiliano i jego rodzinę. To wspaniały chłopak, bardzo wierzący i niezwykle przez wszystkich lubiany. Jesteśmy przy nim i jego bliskich myślami i nie tracimy nadziei. Jeśli to miałby być koniec, to niewyobrażalna tragedia. Ale jeśli pozostal choćby ułamek procenta wiary na uratowanie, trzeba tego się trzymać. Poszukiwania trwają, cud zawsze może się zdarzyć – mówił zdenerwowany i wyraźnie poruszony Waldemar Kita.

Potem rzecz jasna opowiadał o Emiliano i o tym, jak go postrzegał, gdy Argentyńczyk zakładał koszulkę „Kanarków”.

– To wielki człowiek i piłkarz, niezwykle dobroduszny, budzący swoim zachowaniem wiele sympatii u wszystkich, którzy mieli z nim styczność. W kontaktach międzyludzkich potrafił być subtelny i dyskretny. Zawsze chciał realizować swoje marzenia i dlatego był zadowolony, gdy przyszła oferta z Cardiff City. To przecież normalna droga piłkarza – zauważył właściciel Nantes. I podkreślił, że zawodnikowi nie chodziło tylko o to, że sześciokrotnie podwyższył pobory. Ważniejsza była droga sportowa i spełnianie marzeń.

Padła także jasna deklaracja pomocy rodzinie Sali, która żyje w Argentynie i dla której cała ta sytuacja, z uwagi na oddalenie od Europy, jest tym bardziej trudną, o ile można użyć takiego słowa, bo przecież nie oddaje całości tragedii.

– To bardzo skomplikowane – tu szef FC Nantes po prostu nie był w stanie ukryć płaczu. – Znaleźliśmy tego chłopca, wysokiego napastnika, który w futbolu dawał z siebie wszystko i miał niesamowite serce do walki. Sprowadziliśmy go do Nantes, zrobił dla nas wiele dobrego. A ja mam dodatkowy problem, bo pracując z ludźmi, bardzo się do nich przywiązuję. Mówimy o 28-letnim człowieku, który był przez wszystkich kochany.

I Kita dodawał: – Idąc dalej w swojej drodze piłkarskiej, Emiliano chciał pomóc rodzinie, która została w Argentynie. Teraz my musimy im pomóc, organizacyjnie, ale także finansowo. Oni nie znają Europy, nie wiedzą, jak tu się poruszać.

W klubie wszyscy zastanawiają się, jak oddać hołd powszechnie lubianemu Argentyńczykowi, jeśli nawet ten ułamek procenta wiary w cud, o którym mówił pan Waldemar, okaże się płonny. Spontanicznie zachowują się kibice, którzy gremialnie stawili się na jednym z placów Nantes, by tam uczcić pamięć Sali. Piłkarza, który dla „Kanarków” przez ponad trzy lata zagrał w 133 meczach strzelając 48 goli.

Osobiście jestem zszokowany informacją, że agent piłkarza, Willy McKay – prawdopodobnie, by zminimalizować koszta – wynajął jednosilnikowy samolot starego typu, który miał przelecieć nocą nad kanałem La Manche i dolecieć do Cardiff, gdzie na Salę miało czekać kilka tysięcy kibiców.

Absurdu sprawie dodaje to, że dopiero w środę doszukano się, kto wynajął samolot, skąd go wynajęto i kto był pilotem. Angielskie media regionalne dotarły do wcześniejszych wypowiedzi tegoż pilota – i okazuje się, że skarżył się on na... uczucie nudy, jakie towarzyszy setkom lądowań i narzekał na zmęczenie lotami ręcznie sterowanym samolotem bez nowoczesnych systemów wspomagania!

Oczywiste jest, że zarówno właściciele Cardiff City, jak i Waldemar Kita mogli, gdyby agent piłkarza o to poprosił, przewieść Emiliano o wiele bezpieczniejszymi maszynami niż jakaś pierwsza lepsza „kukułka”, którą być może można byłoby sobie polatać na niedzielnym festynie, ale nie wyruszać w podróż z Nantes do Cardiff nad kanałem La Manche. No, ale z jakiegoś powodu agent Mark McKey porwał się sam na zorganizowanie lotu, na dodatek tnąc koszty.

Seria absurdalnych zdarzeń doprowadziła zaś do tragedii i śmierci młodego człowieka, której tak łatwo było uniknąć.