Ostatnimi czasy tylko dwóch pięściarzy dowiodło niezbicie, że w swoich kategoriach nie mają sobie równych. Pierwszym, który sięgnął po wszystkie cztery pasy w wadze super-lekkiej był Terence Crawford, ale szybko je oddał i przeniósł się do kategorii półśredniej gdzie już jest mistrzem WBO. 

 

„Czarodziej z Omaha” wyjdzie na ring 20 kwietnia, by bronić tytułu w starciu z Amirem Kahnem. Anglik, który w wieku 17 lat został wicemistrzem olimpijskim w Atenach (2004) wybrał Crawforda, choć sądzono, że zdecyduje się wreszcie na walkę ze swoim rodakiem Kellem Brookiem. Na Wyspach Brytyjskich byłby to oczekiwany od dawna megahit.

 

Drugim niekwestionowanym królem został w lipcu minionego roku Ołeksandr Usyk, który zdominował wagę junior ciężką w trakcie turnieju WBSS (World Boxing Super Series). Ukrainiec w odróżnieniu od mistrza z Nebraski postanowił bronić tytułów i postawił wszystkie cztery pasy na szali w Manchesterze, gdzie znokautował Tony’ego Bellew.

 

Kolejną walkę stoczy zapewne już w wadze ciężkiej. Zgodnie z przepisami organizacji WBO miałby prawo od razu walczyć z Anthonym Joshuą o mistrzostwo świata królewskiej kategorii, ale nie sądzę, by się na taki krok zdecydował.

 

Joshua ma na 13 kwietnia zarezerwowane Wembley, choć mówi się, że być może będzie walczył w maju lub czerwcu w Nowym Jorku z Jarrellem Millerem. Na razie to jeszcze nic pewnego, najwyższy więc czas, by poznać wreszcie tego, który zmierzy  się z posiadaczem trzech mistrzowskich pasów.

 

Najbardziej oczekiwanym rywalem Joshui wciąż jest Deontay Wilder, drugi w kolejności Tyson Fury, ale najpierw dojdzie do ich rewanżu, a dopiero później wygrany zmierzy się z mistrzem olimpijskim z Londynu. Problem w tym, że ten megahit, to jednak wciąż nic pewnego.

 

Tak samo jak z trzecia walka Alvareza z Gołowkinem, choć tu wiemy nieco więcej. Saul Alvarez najpierw 4 maja wyjdzie do ringu z Danielem Jacobsem, który też związał się z platformą streamingową DAZN, a we wrześniu być może da jeszcze jedną szansę Kazachowi.

 

W wadze półciężkiej mamy trzech mistrzów z dawnego ZSRR, a drugiego lutego jest szansa, że będzie ich czterech jeśli Siergiej Kowaliow pokona w rewanżu Kolumbijczyka Eleidera Alvareza. Aż się prosi, by później wyłoniono najlepszego z nich, jedynego czempiona tej kategorii, ale na to się nie zanosi, bo na przeszkodzie staną różne interesy promotorów, menedżerów i stacji telewizyjnych. I tak się dzieje prawie w każdej wadze. Nic się nie zmienia od lat, boks z upodobaniem, wciąż sam sobie strzela w kolano. I o dziwo dalej cieszy się zainteresowaniem.

 

Z polskiego punktu widzenia najważniejszy jest sobotni pojedynek Adama Kownackiego z Geraldem Washingtonem w Nowym Jorku, bo jeśli „Baby Face” odniesie kolejne zwycięstwo, to za chwilę będzie już wymieniany jako potencjalny rywal mistrzów kategorii ciężkiej.

 

Na razie cicho, ale coraz częściej mówi się też o kolejnej, wielkiej walce Manny’ego Pacquiao, który w dobrym stylu pokonał Adriena Bronera. Doradcy Floyda Mayweathera Jr wprawdzie zaprzeczają, że taka konfrontacja jest możliwa, ale mało kto w to wierzy. W boksie bowiem prawie wszystko jest możliwe, a szczególnie walki, które dają okazję wielkich zysków. A rewanż Pacmana z Floydem Jr do takich należy, choć ze sportowego punktu widzenia można mieć wątpliwości co do jego sensu.

 

Mayweather Jr i Pacquiao wyjdą jednak do ringu tylko wtedy, gdy dostaną gwarancje sięgające dziesiątek (a może i więcej) milionów dolarów podstawowego wynagrodzenia. Podobnie rzecz się ma z walkami Alvareza z Gołowkinem i Joshui z Wilderem czy Furym.

 

Dlatego jeśli choć jedna z nich dojdzie w tym roku do skutku, to i tak będziemy mówić o sukcesie. A my dalej będziemy się zastanawiać dlaczego nie wszystkie i co sprawia, że boks wciąż sam sobie strzela w kolano.