Skoro styczeń, to gramy w ręczną. A nie, my już nie...

Piłka ręczna
Skoro styczeń, to gramy w ręczną. A nie, my już nie...
Niemcy - Norwegia w półfinale MŚ 2019. Jeszcze niedawno potrafiliśmy ogrywać jednych i drugich...

Przez dziesięć lat styczeń był dla polskich kibiców świętem piłki ręcznej. A już osobliwie styczeń w latach nieparzystych, w których rozgrywane są mistrzostwa świata. W tym roku fascynujący mundial w Danii i Niemczech mało kogo nad Wisłą zajmuje. Zresztą śledząc popisy światowej elity można popaść w nastrój zgoła depresyjny - bo trudno sobie wyobrazić w tym towarzystwie Biało-czerwonych.

Sześć kolejnych startów, trzy medale - to mundialowy bilans Szmala, Jureckich i spółki w latach 2007-2017. Ich występami żyła, bez cienia przesady, cała Polska. "Jedna Wenta", "rzut Siódmiaka" na zawsze zapisały się w historii polskiego sportu. Tak jak heroiczna historia powrotu do sportu Karola Bieleckiego. Przez jeden miesiąc w roku o piłce ręcznej rozmawiano w tramwajach, autobusach, na szkolnych korytarzach. A teraz... cisza.

 

Przypadkowe sukcesy

 

Ten dziesięcioletni wzrost zainteresowania piłką ręczną był w dużej mierze dziełem przypadku. Tak, jak i przypadkowe były sukcesy, które ten wzrost napędzały. Przypadkowe w tym sensie, że nie wynikały z organicznej pracy, znakomitego systemu szkolenia, nieustającego dopływu tysięcy młodych adeptów tej dyscypliny.

 

Po prostu: trafiła się grupa fantastycznie utalentowanych zawodników, charyzmatyczny trener i od srebra niemieckiego mundialu w 2007 przez kolejną dekadę utrzymywaliśmy się w ścisłej światowej czołówce.

 

Zmieniali się trenerzy, odchodzili niektórzy starsi a przychodzili młodsi zawodnicy, ale fundament kolejnych sukcesów był ten sam. To wybitna klasa sportowa i fenomenalne charaktery braci Lijewskich i Jureckich, Szmala, Bieleckiego, Jurkiewicza; w pierwszych latach "złotej dekady" również Jurasika, Tkaczyka, Siódmiaka.

 

Żadnego z nich w reprezentacji już nie ma; ba, znakomitej większości nie ma już w ogóle na parkietach. A skoro tak, to nie ma i sukcesów. A skoro tak, to nie ma i zainteresowania.

 

To nie jest chwilowy kryzys

 

Nie da się obronić tezy, że polski szczypiorniak wpadł w kryzys, z którego może wkrótce się wykaraskać i wrócić na światowe salony. Wystarczy spojrzeć, z kim rywalizowaliśmy o medale największych imprez. Przez całą dekadę były to głównie Francja, Chorwacja, Dania, Hiszpania. Do tego Niemcy, i Szwedzi, czasami Norwegowie, Węgrzy, bywało, że Islandczycy.

 

Jeśli do tego dodamy Polskę, otrzymamy dziesiątkę drużyn, które rządziły światowym handballem przez ostatnich dziesięć-dwanaście lat. Symptomatyczne i bardzo smutne jest to, że z owej dziesiątki dziewięć zespołów zameldowało się na tegorocznym mundialu w Niemczech i Danii; ba w komplecie przedarły się do fazy głównej...

 

Jasne, Niemcom, Norwegom, Szwedom zdarzały się lata chudsze, brak awansu do największych imprez, ale było jasne, że prędzej czy później wrócą. Bo tradycja, bo baza, bo potencjał. W przypadku Polski takie wątpliwości są. I to olbrzymie. Tak duże jak skala upadku. W kilkanaście miesięcy w światowej hierarchii spadliśmy ze szczytu na dno. Bez stacji pośrednich.

 

Wyników na miarę ambicji nie osiągają może Rosjanie, Serbowie, Macedończycy, ale oni na mundial pojechali. Z liczących się nacji w Danii i Niemczech zabrakło właściwie tylko Słoweńców, którzy w barażowym dwumeczu okazali się o jedną bramkę gorsi od Węgrów. Ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że Słoweńcy na wielkiej imprezie zameldują się dużo szybciej niż Polacy.

 

Nadzieja w akademiach

 

Czyli pora na smutną puentę? No właśnie niekoniecznie... Z nadzieją patrzę na trend, który do piłki ręcznej trafił z futbolu - na pojawiające w kolejnych polskich miastach handballowe akademie dla najmłodszych.

 

Piotr i Joanna Obrusiewicz, ikony Zagłębia Lubin, byli reprezentanci Polski, wciągają w świat piłki ręcznej dzieciaki na warszawskich Bielanach. Krzysztof Przybylski, były selekcjoner reprezentacji kobiet, szkoli najmłodszych w Piekarach Śląskich. Kaja Załęczna w Lubinie i Legnicy, Wioleta Janaczek w Elblągu. Nieustająco o popularyzację ukochanej dyscypliny dba Artur Siódmiak.

 

Z kolei Grzegorz Tkaczyk, Sławomir Szmal, Bartosz Jurecki, Adam Wiśniewski, Rafał Kuptel, Damian Wleklak a także Karolina Siódmiak i Małgorzata Gapska brali niedawno udział w spotkaniu założycielskim grupy Handball Legends. Nie zdradzają jeszcze wszystkich swoich ambicji, ale wiadomo, że chcą mieć wpływ na rozwój piłki ręcznej w Polsce i - przede wszystkim - popularyzować tę dyscyplinę.

 

Taka forma działania, czyli akademie piłki ręcznej, ma jedną, trudną do przecenienia zaletę. Może zaszczepić miłość do piłki ręcznej u najmłodszych. Przekonać ich, że szczypiorniak jest świetnym sportem zanim bez reszty zakochają się w futbolu, siatkówce, pływaniu, tenisie, z którymi zazwyczaj młodzi ludzie stykają się wcześniej.

 

Z tych najmłodszych być może wyrosną zawodnicy, którzy kiedyś znów wprowadzą Polskę na handballowe salony; a na pewno wyrosną kibice. Tacy, którzy będą kochali ręczną niezależnie od tego, czy reprezentacja Polski akurat gra w styczniu w jakiejś wielkiej imprezie, czy nie.

Szymon Rojek, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze