Lorek: Chris Harris. Pamiętaj o ojcu

Żużel
Lorek: Chris Harris. Pamiętaj o ojcu
fot. Cyfrasport

Jeden z najbardziej widowiskowo jeżdżących żużlowców na świecie – Anglik Chris „Bomber” Harris – stracił tatę mając 16 lat. Śmierć ojczulka wyzwoliła w nim niespotykane pokłady determinacji i woli walki.

28 listopada 2019 roku Chris Calvin Harris ukończy 37 lat. Ani przez myśl mu nie przejdzie, aby rozstać się z żużlowym motocyklem. Harris odczuwa dumę z faktu, że wystartował w 103 turniejach cyklu Speedway Grand Prix. Zdobył 608 punktów, awansował 9 razy do ścisłego finału, a w 2007 roku postawił na nogi całe walijskie Cardiff. W olśniewającym stylu pozostawił w pokonanym polu takich fachowców jak Greg Hancock, Jason Crump i Leigh Adams. Jak wielki jest to wyczyn, niech zaświadczy statystyka występów Brytyjczyków podczas GP na Wyspach. Żaden inny zawodnik legitymujący się brytyjskim paszportem nie powtórzył wyczynu Harrisa. (Martin Dugard wygrał GP Wielkiej Brytanii, ale w Coventry w 2000 roku, a więc przed erą Cardiff). W Cardiff spośród Anglików, wygrywał jeno Chris Harris. Nawet znakomity zawodnik, trzykrotny indywidualny mistrz świata Tai Woffinden nie wdrapał się na najwyższy stopień podium… Czy po latach „Bomber” cokolwiek stracił ze swojej zaciętości i niezłomnej wiary w zwycięstwo? Ani trochę. Dowodem był jego wręcz nierealny pościg za Jasonem Doylem podczas rewanżowego meczu w półfinale play-off brytyjskiej Premiership. 1 października 2018 roku Rebelianci z Somerset już niemalże otwierali butelki szampana. Przez lata zawodnicy Somerset Rebels byli niczym ubodzy krewni wielkiej, obsypanej sukcesami drużyny Poole Pirates. Aż tu nagle, angaż indywidualnego mistrza świata’2017 – Australijczyka Jasona Doyle’a – okazał się lokomotywą niespełnionych nadziei. 17 września 2018 roku w pierwszym meczu półfinałowym Rebelianci pokonali Piratów 46-44. W rewanżu zręcznie bronili nikłej zaliczki. Po czternastu biegach Piraci prowadzili zaledwie dwoma punktami: 43-41. W piętnastym wyścigu nic nie zapowiadało katastrofy. Doyley uciekł do przodu, a Harris znajdował się na szarym końcu. Jednak „Bomber” nie załamał się fatalnym startem. Rozpoczął szaleńczy pościg, a czasu miał okrutnie mało. Duńczyk Nicolai Klindt – kolega z pirackiego statku – nie przeszkadzał mu. Przyblokował Richarda Lawsona i pilnował trzeciej pozycji. A Harris orbitował, nieomal całował bandę deflektorem, markował atak po zewnętrznej, usypiał czujność Jasona. Na ostatnim okrążeniu, Harris błyskawicznie zmienił tor jazdy, wszedł pod łokieć Australijczyka i wyprzedził go przy krawężniku. Doyle jeszcze próbował się odgryźć, bo wiedział, że siła odśrodkowa wyrzuci Harrisa w pobliże cieśniny Drake’a, czyli na zewnętrzną część toru. Jednakże Harris, który jest dumny z faktu, że jego kości porasta tkanka tłuszczowa („nie chcę być anorektykiem jak młodzi zawodnicy, którzy nie mają nic oprócz szkieletu”), panował nad sytuacją. Świetnie wykontrował motocykl na wyjściu z ostatniego wirażu i obronił się przed atakiem Doyle’a. Neil Middleditch, menedżer Piratów, oszalał ze szczęścia. Dumnie wypiął brzuch a la Kokosz i wyściskał Harrisa. „Bomber” uratował Piratom finał play-off! „Myślę, że tata byłby dumny z mojej akcji. Bardzo chciał, abym został żużlowcem” – westchnął szczęśliwy „Bomber”. Tata…

 

 

 

Jimmy Christmas w akcji

 

Ilekroć nadchodzą święta Bożego Narodzenia, Chris Harris zanurza się w potoku wspomnień. Boxing Day dla Wyspiarzy jest ważną datą w kalendarzu, ale dla „Bombera” 26 grudnia ma zupełnie inny wymiar. „Minęły dwie dekady odkąd straciłem tatę. Pamiętam jak dziś... Boxing Day, tradycyjnie zebraliśmy się całą rodziną i świętowaliśmy. Około dziesiątej rano tata poprosił mnie, abym zszedł z piętra na parter, gdyż odczuwał ból w klatce piersiowej. Powiedział: pomóżcie mi z mamą, bo źle się czuję. Zadzwońcie do lekarza. Pomimo szalonego wysiłku, godzinę później tata zmarł na moich oczach na zawał serca… Miałem wtedy 16 lat. Oddałbym wiele, aby móc spędzić z tatą więcej czasu. Bardzo mi go brakuje. Śmierć rodzica zawsze wiąże się z potwornym bólem i cierpieniem dla dziecka. Myślę, że zgon taty w święta Bożego Narodzenia to druzgocący cios. Tracisz tak ważną osobę w tak szczególnym dniu… To prawda, że czas leczy rany. Spoglądam inaczej na święta jako ojciec i mąż, założyłem własną rodzinę, ale mimo to Boxing Day jest dla mnie wyjątkowym dniem. Co roku 26 grudnia małżonka jest dla mnie gigantycznym wsparciem. Jest mi po ludzku bardzo przykro, że taty nie ma z nami, że nie może bawić się z wnuczkami… Jednak jestem pewien, że spogląda na nas z góry i cieszy się widząc jak rosną moje córki” – opowiada wzruszony Harris.

 

Śmierć Cedrica Harrisa naturalnie wywołała lęk i ocean obaw u syna. „Wiele razy byłem bliski załamania. Wpadałem w melancholijny nastrój, nie dostrzegałem sensu istnienia. Z czasem nauczyłem się, że warto pamiętać przyjemne chwile spędzone z tatą. Często uśmiecham się, gdy przypomnę sobie jaki stres nakładałem na tatę podczas wspólnych wojaży busem na zawody żużlowe!” – wspomina Chris.

 

Tata Chrisa – Cedric Cass – „wyposażył” syna w zdolność do odradzania się ze zgliszczy. W szopie stojącej w przydomowym ogrodzie Chrisa poczesne miejsce zajmuje mozaika złożona z opon i drutu kolczastego. To artystyczne ujęcie najtrudniejszych momentów w sportowym życiu Harrisa. Drut kolczasty symbolizuje bandę okalającą tor żużlowy w Poole, a resztki ogumienia przypominają o zniszczeniach wywołanych przez dwie poważne kraksy. W 2010 roku podczas finałowego meczu fazy play – off, po leżącym Chrisie przejechał Lewis Bridger. W sezonie 2018 roku Harris poczuł co czuje asfaltowa nawierzchnia kiedy przejeżdża po niej ciężarówka. Tym razem Ty Proctor naruszył ciało Harrisa. Oba kataklizmy wydarzyły się na stadionie w Poole przy Wimborne Road. Z obu Harris cudem wyszedł bez szwanku. Ba, te wypadki wzmocniły siłę jego ducha i zwiększyły apetyt na sportowy sukces.

 

 

 

„Moja mama nie chciała, abym ścigał się na żużlu. Mój tata bardzo pragnął, abym uprawiał speedway, więc w domu iskrzyło. Tata kochał motocykle, ale fakt, że ta miłość o mały włos go nie zabiła. Kiedy miał 32 lata, uczestniczył w gigantycznej kraksie na torze trawiastym. Ojciec zakończył oficjalnie starty na trawie, ale przyjaciel poprosił go, aby zgodził się wystartować jeszcze raz w zawodach. Tata dał się przekonać. Na nieszczęście, tata zanotował poważny upadek. Na domiar złego, wjechał w niego zawodnik pod tytułem Jimmy Christmas. Ojciec doznał złamania miednicy w ośmiu miejscach. Skomplikowane maszyny podtrzymywały tatę przy życiu. Jak na ironię tata był bliskim znajomym lekarza, który uratował mu życie” – wspomina Chris.

 

Tydzień przed feralną kolizją Cedrica Cassa Harrisa, ów lekarz dyskutował z tatą „Bombera” jaki jest sens sztucznego podtrzymywania życia u poturbowanego pacjenta. Doktor bez ogródek wyjawił ojcu Harrisa, że jeżeli pacjent jakimś cudem przeżyje, to będzie warzywem. Wówczas Cedric Harris wyznał, że jeżeli on kiedykolwiek będzie musiał korzystać z respiratora, to jego prośba jest następująca: proszę, wyłącz maszynę i pozwól mi umrzeć, bo nie zniosę ani jednej chwili w roli warzywa. Jak nieprzewidywalne jest nasze życie pokazuje wypadek, do którego doszło tydzień później: tata Harrisa potrzebował maszyny podtrzymującej funkcje życiowe i po długiej rehabilitacji mógł delektować się smakiem steka, frytek i piwa…

 

„Myślę, że mój tata i ja zostaliśmy „zaprogramowani” w podobnym stylu: sporo mięsa wokół kości. Może fakt, że moje kości są obrośnięte „mięskiem” sprawia, że w dramatycznych sytuacjach odbijam się od bandy jak kuleczka i wciąż żyję! Gdy spoglądam na dzisiejszych gwiazdorów żużla i widzę bardzo szczupłych zawodników, zachodzę w głowę jak to możliwe, że kierują motocyklem. Kiedy zaliczają „dzwona”, nie mają grama mięska, które ochroniłoby ich kości” – Harris śmieje się do rozpuku.

 

Ubiegłoroczny sezon mógł zakończyć się katastrofą. Upadłość ogłosił klub, dla którego ścigał się „Bomber” – Rye House Rockets. „Kiedy splajtował klub z Hoddesdon, bardzo poważnie zacząłem rozważać czy nie zakończyć kariery. Na szczęście z pazurów zobojętnienia wyrwał mnie promotor Poole Pirates – Matt Ford, który zaoferował mi angaż w pirackiej łodzi. Niezwłocznie skorzystałem z propozycji i dołączyłem do składu Poole. Wciąż czekam na pieniążki za 9 meczów w barwach Rye House Rockets. Gdyby nie pojawiła się propozycja z Poole, dogorywałbym jeżdżąc w jednej lidze. Jedynym sensownym rozwiązaniem były starty w Glasgow” – wyznaje Harris.

Narodziny córki

 

Jakby mało było turbulencji w życiu jowialnego Wyspiarza, małżonka Harrisa – Emma-Louise miała problemy w ciąży. Zachodziła poważna obawa, że druga córka państwa Harris przyjdzie na świat w 27 tygodniu ciąży. „Emma-Louise męczyła się okrutnie. Dwa razy w tygodniu odwiedzaliśmy szpital. Poczuła bóle w czwartek, gdy ja uczestniczyłem w dniu dla prasy w Glasgow. Lekarze odwlekali termin porodu. Ostatecznie uznali, że w piątek wieczorem nasze dziecko ma się narodzić. Zakląłem pod nosem: w piątek wieczorem czekał mnie mecz ligowy w Glasgow. Nawet nie wykąpałem się po ostatnim wyścigu, tylko wskoczyłem do auta i pędziłem w stronę szpitala. Szkopuł w tym, że znajdował się w centralnej Anglii! Moja furgonetka zaczęła szwankować. Silnik w busie tracił moc i nie mogłem rozpędzić pojazdu. Maksymalna prędkość: 70 mil na godzinę. Kląłem jak szewc, bo na podjazdach i przy większych wzniesieniach, mój bus pocił się jak maciora, a ja chciałem zdążyć na narodziny mojej córki! W końcu zacząłem krzyczeć na busa, ponaglałem go, błagałem, żeby przyspieszył, po chwili karciłem go wyzywając od najgorszych… Na szczęście Amara-Mae przyszła na świat o trzeciej nad ranem, a tata zdążył… Jakby nie patrzeć, miałem stresujący początek sezonu” – z dzisiejszej perspektywy narodziny nowej córki wydają się radosnym wspomnieniem, ale gdyby bus zastrajkował na górskiej przełęczy, byłoby krucho… To oczywiste, że nawet komplet punktów nie cieszy taty tak bardzo jak uśmiech goszczący na twarzy dziecka…

 

Kibice Poole z ogromną radością przyjęli wiadomość, że „Bomber” pojawił się w składzie Piratów. „Myślę, że na tyle dobrze znam fanów Poole Pirates, że przewidziałem dobrą aklimatyzację w zespole. Kibice w Poole kochają zawodników, którzy walczą z determinacją o każdy fragment toru. Przy Wimborne Road uwielbia się żużlowców, którzy jeżdżą widowiskowo” – wyznał Chris.

 

 

 

Umówmy się: Chris Harris ma serce. Przed laty, kiedy jego dłonie tonęły w smarze, gdy wyjmował silnik z ramy motocykla w opustoszałym parku maszyn w Ostrowie Wielkopolskim, podeszła do niego nieśmiało dziewczynka z ojcem. Nie chciała przerywać pracy, ale „Bomber” walczący z klamotami i czasem (pragnął zdążyć na prom z Calais do Dover), dostrzegł ją kątem oka i w okamgnieniu zorientował się w czym rzecz. Wstał, otrzepał się z kurzu, podbiegł do busa i wyciągnął piękną różę. „Sorry, nie mam pocztówek z moim wizerunkiem, ale mogę podarować kwiatka” – rzekł wzruszony „Bomber”. A godzi się przypomnieć, że wtedy Chris jeszcze nie był tatusiem.

 

„Nie zawsze jest tak miło jak w Ostrowie Wielkopolskim. Portale społecznościowe nie są dla mnie łaskawe. Zawsze oddaję fanom 100% atencji, troszczę się o nich i rozmawiam, ale ostatnimi czasy, zwolniłem tempo. Rozumiem krytykę, ale nie pozwolę, aby ktoś szkalował moją żonę i obwiniał ją za spadek sportowej formy u mnie. Gdyby nie Emma-Louise i jej zdolność perswazji, już dawno nie jeździłbym na żużlu. Ona dźwigała mnie w trudnych chwilach… Z reguły jest tak, że w jednym klubie fani cię uwielbiają, a w innym nienawidzą. To normalne w świecie sportu. Uważam jednak, że istnieją granice dobrego smaku. Nie wolno atakować rodziny sportowca, bo familia to świętość i nasze sanktuarium. Mnie mogą zmieszać z błotem po nieudanym występie, ale nie zniosę wulgarnego ataku na moich najbliższych” – podkreśla rezolutnie Harris.

 

Tym bardziej, że dwie małe perełki rosną jak na drożdżach i cieszą oko taty. „W moim życiu są o niebo ważniejsze kwestie niż pojedynkowanie się z bohaterami zza klawiatury. Gdyby powróciły czasy pojedynków na rewolwery, chętnie wyszedłbym na ubitą ziemię. Dziś jestem już za stary, aby przejmować się chamskim komentarzem na temat mojej jazdy. Mam dwie cudowne córeczki i żonę, o które dbam najlepiej jak potrafię. Grand Prix wyssało ze mnie ocean energii. Nie miałem zamożnych sponsorów. A prawda jest taka, że jeżeli nie otacza cię góra pieniędzy, nie masz czego szukać w GP. Uważam, że jeśli mam dzień, potrafię pokonać najlepszych na świecie. Przekonał się o tym Jason Doyle – było nie było indywidualny mistrz świata z 2017 roku – kiedy pokonałem go w arcyważnym meczu półfinału play-off. Oglądałem ten wyścig setki razy w „sieci”. Odczuwam dumę, gdy mogę dać radość fanom i udowodniam, że stara gwardia z Truro wciąż trzyma się dzielnie! Zaatakować z czwartego miejsca mistrza świata i okpić go na ostatnim okrążeniu: wielka sprawa, która podnosi na duchu starego repa!” – zaśmiewa się Harris.

 

Chris wielokrotnie zastanawiał się czy w jego wieku warto nadstawiać karku i łamać gnaty. „Przychodzi taki okres w karierze, kiedy zaczynasz głowić się czy warto po raz setny ładować motocykle do busa. Jednak kiedy zerkam na karty historii i dostrzegam, że po raz ostatni wygrałem drugą ligę brytyjską w 2000 roku (z Exeter Falcons), to od razu wstępują we mnie siły! Nie będę ryzykował życiem kiedy wygaśnie we mnie iskra ekscytacji. Póki co, emocje są we właściwym miejscu, żyję wyścigami, więc jeszcze trochę pomęczę moich internetowych wrogów!” – wyjawia trzykrotny indywidualny mistrz Wielkiej Brytanii.

 

Jak fruwać to na miotle z Ipswich!

 

W sezonie 2019 Chris Harris miał prowadzić do boju dwie drużyny: Peterborough Panthers (w lidze Premiership: odpowiednik polskiej PGE Ekstraligi) oraz Somerset Rebels (w lidze Championship: odpowiednik Nice I ligi). Miał, ale „Pantery” okazały się zbyt drapieżne i sześć tygodni po obwieszczeniu, że „Bomber” będzie się ścigał na East of England Arena, zrezygnowały z Harrisa! Jakby kontrakt nie istniał… „Zadzwonił telefon. Miałem jak najszybciej stawić się w Peterborough. Poinformowano mnie, że klub zmienia właściciela, a nowy zarządca skłania się ku odmiennemu modelowi biznesowemu. Usłyszałem, że jestem zbyt drogi, a nowy menedżer „Panter” – Carl Johnson, nawijał mi makaron na uszy, że zawsze był moim wiernym kibicem, że podziwia mój hart ducha i kunszt, po czym… zwolnił mnie! Byłem wściekły. Cóż z tego, że kibice Peterborough pragnęli, abym został w klubie, skoro nowy boss stwierdził, że doprowadzę ich do zagłady finansowej!” – grzmiał „Bomber”.

 

A zatem w myśl znanej maksymy „żegnaj Gienia, świat się zmienia”, Harris został na lodzie… Pal licho sportowe dylematy Chrisa, ale cóż począć ze żłobkiem dla dzieciaczków? „Kiedy zrozpaczony wracałem do domu, pomyślałem sobie: i zaś trzeba zacząć wspinaczkę od nowa. Pozostał mi angaż w Championship w barwach Somerset Rebels. Tylko, że jeżdżąc w jednej lidze, nie podołam z wysokością rachunków. A za coś trzeba żyć… Znów zobaczyłem jak przez mgłę stadion Rye House i długi, które zamykają się w pięciu cyferkach. Piszę listy, ale nikt nie raczy na nie odpowiedzieć. Na całe szczęście, błyskawicznie zadzwonił do mnie Chris Louis i zaoferował miejsce w zespole Wiedźm z Ipswich. Coś się kończy, coś się zaczyna… Nowy klub, ale co z brzdącami? Podpisując kontrakt z Peterborough, zdecydowaliśmy, że przeniesiemy nasze lokum bliżej nowego klubu. Żona znalazła żłobek dla naszych pociech. Aż tu nagle: tracę angaż i szukaj nowego żłobka, zabiegaj o nowych sponsorów etc. Jesteśmy na liście oczekujących do trzech różnych żłobków i poszukujemy bazy w pobliżu Ipswich. Koszmar…” – rzekł Chris Harris, troskliwy tata.

 

Pięć dni po hiobowych wieściach z Peterborough, Harris radował się z kontraktu w Ipswich. Fani wciąż nakłuwali nowego właściciela Peterborough Panthers kąśliwymi i obelżywymi komentarzami, a Chris Louis – brązowy medalista IMŚ’93 i promotor Ipswich, przystąpił do działania. 26 lat temu w bawarskim Pocking Louis mógł przegrać baraż o srebro z profesorem Hansem Nielsenem, ale w batalii o Harrisa nie zamierzał skapitulować. „Fani w Ipswich znają sportową wartość Chrisa Harrisa. To bardzo smutne, że „Bomber” stracił miejsce w składzie Peterborough, ale byłoby błędem, gdybym nie zareagował odpowiednio szybko. Jest takie znane brytyjskie powiedzenie: every cloud has a silver lining (nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło). Mam w zespole dwóch wielkich wojowników: Harrisa i Kinga. Ludzie zapłacą za ich heroiczną postawę na torze. To oczywiste, że mogłem zacząć szperać na kontynencie, ale zawsze wygodniej jest kiedy zatrudniam Brytyjczyka z bazą na Wyspach. Mniej stresu o odwołane loty… Poza tym, Chris to klasa sama w sobie. Wiem ile trzeba się napocić, aby wygrać turniej GP. Styl, w jakim pokonał w Cardiff takich asów jak Hancock, Crump i Adams, budzi najwyższe wyrazy szacunku. Cieszę się, że w walce o Harrisa ubiegłem inny klub i przekonałem go do startów w Ipswich. Mamy ciekawy zespół, który może sprawić niejedną niespodziankę w sezonie 2019” – wyznał Chris Louis, który przed laty imponował walecznością na dystansie.

 

Przyjrzyjmy się z kim będzie podróżował na miotle z hrabstwa Suffolk Chris Harris… Zaiste, intrygujące nazwiska: Francuz David Bellego, Australijczycy: Cameron Heeps i Jake Allen, Wyspiarze: Richard Lawson i Danny King oraz gdańszczanin, indywidualny wicemistrz świata juniorów’2016: Krystian Pieszczek. Pozostaje mieć nadzieję, że w żłobku nieopodal stadionu Foxhall, znajdzie się miejsce dla pociech „Bombera” i gdy tylko tata wleje metanol do zbiornika paliwa, będzie mógł z rozkoszą zmienić pieluchę. Ponoć (tak mawiają wtajemniczeni) podczas zmiany pieluch, tata-żużlowiec miewa najlepsze pomysły i wie jak rozegrać wejście w pierwszy wiraż…

Tomasz Lorek, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze