Przemysław Iwańczyk: Czy planowane zmiany idą w dobrym kierunku? Z jednej strony trzystu lekarzy medycyny sportowej, to zbyt mało, by objąć opieką wszystkich zainteresowanych. Z drugiej jednak rozciągnięcie częstotliwości badań z pół roku na rok może spowodować, że ktoś - np. z wadą serca - może nam umknąć.

 

Mikołaj Wróbel: Faktem jest, że dzieci w obecnych czasach są w coraz gorszej kondycji fizycznej. Jako zabiegowiec, z reguły leczę ludzi, ale podstawą pozostaje profilaktyka. Badania orzecznicze są działaniem zapobiegającym powstawaniu różnego typu schorzeń. Oczywiście nie mówimy tutaj o złamaniach czy innych wypadkach losowych, które dziecko może mieć, ale o wadach ukrytych, takich jak zaburzenia pracy serca, wady układu oddechowego, zespoły posturalne, koślawość kolan czy wiotkość stawowa. Ostatnie z wymienionych predestynują do powstawania urazów ortopedycznych w sporcie. Gdy patrzymy na dzieci przychodzące do nas z kontuzjami, to często mamy wrażenie, że część z nich powinna zostać skontrolowana już wcześniej. Nie zawsze sport, który młody człowiek uprawia jest dla niego dobry. Nie każdy nadaje się do tenisa, a nie każdy do piłki nożnej.

 

Czy pół roku w życiu sportowca amatora lub małego sportowca to długi okres?

 

Tak, szczególnie gdy mamy do czynienia z osobą w wieku 11-13 lat, która jest w stanie urosnąć nawet 10 centymetrów w ciągu roku. Czasem przychodzą do mnie rodzice z dzieckiem, które operowałem rok wcześniej i zdarza mi się nie poznać własnego pacjenta, ponieważ w międzyczasie stał się on dorosłym człowiekiem. Są to bardzo gwałtowne zmiany i dobrze jest, jeżeli lekarz ma nad nimi kontrolę. Z drugiej strony, ustawa ustawą, obowiązek obowiązkiem, ale to nie oznacza, że jest zakaz przeprowadzania tych badań częściej. Myślę, że rozsądni rodzice, którzy posyłają swoje dzieci na zajęcia sportowe, powinni również pamiętać o wysyłaniu dzieci na kontrole.

 

Panie doktorze, jestem ostatnią osobą, która uciekałaby się do stereotypów, ale mam wrażenie, że Polacy nie zwykli robić czegoś, do czego nie zostają zmuszeni...

 

Większość rozsądnych ludzi chodzi jednak do dentysty na regularne kontrole. Bardzo zazdrościmy dentystom, bo ludzie nigdy z nimi nie dyskutują - gdy boli ząb, to argument do leczenia jest wspaniały. Jeżeli dbamy o zęby, to dlaczego nie dbamy o serce, płuca i kości?

 

Nie chciałbym zmuszać pana do podważania kompetencji lekarzy rodzinnych, ale czy ktoś, kto nie jest na co dzień związany ze sportem, jest w stanie dobrze ocenić predyspozycje lub zdolność do jego wykonywania?

 

Pod względem ortopedycznym niekoniecznie, ponieważ trudno oczekiwać od lekarza rodzinnego, by znał się na subtelnościach diagnostyki kolana czy wad postawy, ale z problemami kardiologicznymi nie powinni mieć żadnego problemu. Ja jestem ortopedą - a kardiolodzy zawsze śmiali się, że ortopedzi to tacy lekarze, którzy nie nauczyli się jeszcze czytać - i mimo wszystko podstawy EKG znam i potrafię je odczytać lub wiem kiedy takie badanie zlecić. Jeżeli dzieci będą trafiały do lekarzy rodzinnych, to lekarz zaniepokojony jakimś objawem u pacjenta odeśle go dalej do specjalisty.

 

Tyle tylko, że teraz te badania będą przeprowadzane z dwukrotnie niższą częstotliwością.

 

Uważam, że w przypadku dzieci wykonujących sport na wysokim poziomie, badania co pół roku są dobrym pomysłem. Musimy rozróżnić jedną rzecz - jeżeli nasze dziecko chodzi raz w tygodniu na gimnastykę czy taniec, to robienie mu co pół roku badań za kilkaset złotych jest pewną przesadą. Jeżeli nasza pociecha chodzi jednak pięć razy w tygodniu na trening do szkółki Barcelony i jest obciążona w podobny sposób, jak zawodowi sportowcy, to badania co pół roku powinny być naturalną rzeczą.

 

Ma pan dzieci?

 

Tak.

 

Czy w związku z tym wolałby pan obecny kształt tego zapisu, czy to, co ma zaraz wejść w życie?

 

Ja, jako lekarz, akurat sam nadzoruję medycznie swoje dzieci. Są one bardzo aktywne fizycznie i uprawiają bardzo wiele sportów, ponieważ kolokwialnie mówiąc nie pozwalam im siedzieć "na tyłku". Nie parają się jednak sportami wyczynowymi, bo uważam, że we wszystkim trzeba zachować zdrowy umiar. Gdyby moje dzieci miały większe ambicje i chciały dążyć do wyczynowego uprawiania dyscyplin, które uprawiają, to chciałbym mieć pewność, że rozwijają się we właściwy sposób. Tak jak wożę je co cztery miesiące do dentysty na kontrolę, to analogicznie woziłbym je co pół roku do lekarza medycyny sportu.

 

Cała rozmowa z lekarzem medycyny sportowej Mikołajem Wróblem w załączonym materiale wideo.