Bartosz Heller: Panie dyrektorze, co słychać w Seefeld?

 
Wszystko ok, póki co. Pogoda bardzo ładna. Na skoczni na razie prawie nie ma wiatru a dla nas to najważniejsze.
 
Jak wygląda Wasza baza?  
 
Nasza baza jest w Seefeld. Hotel wybraliśmy już w zeszłym roku, a warunki są bardzo podobne do tych podczas Turnieju Czterech Skoczni.
 
To Pańskie jedenaste mistrzostwa świata, w tym drugie w roli dyrektora. Gdyby Pan pisał książkę o swoich udziałach w tych imprezach, to który rozdział byłby najdłuższy?
 
Myślę, że najdłuższy dotyczyłby mistrzostw w Predazzo. Droga do tego podwójnego mistrzostwa była bardzo ciężka. Wcześniejsze treningi i zawody nie były tak optymistyczne, a skończyło się bardzo dobrze. Szkoda tylko, że 13 lat temu nie dane było mi stanąć na podium z kolegami z drużyny.
  
Więcej nerwów tracił Pan jako skoczek, czy teraz jako dyrektor?
 
Chyba teraz. Bardziej się stresuje i bardziej boli mnie brzuch.
 
W niedzielę będziemy już po dwóch konkursach na Bergisel. Większym optymistą jest Pan przed tym indywidualnym czy drużynowym? 
 
To trudno powiedzieć. Generalnie jestem optymistą, ale takim umiarkowanym, który stara się patrzeć na to cię wydarzyło, a nie na przyszłość. Możesz zrobić wszystko, by odnieść sukces, a potem spotkać się z czymś, na co nie masz wpływu. Zobaczymy.
 
W historii mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym Polska zdobyła 12 medali indywidualnych i dwa drużynowe. Jaki wzrost tego dorobku zadowoli na teraz?
 
Na pewno duży. Jak zdobędziemy cztery medale, będzie super. Patrząc realnie szanse są duże i to na niejeden krążek. A jak będzie życie pokaże.
 
W mistrzostwach świata po raz pierwszy w historii zobaczymy nasze skoczkinie. Jak prezentują się Kamila Karpiel i Kinga Rajda.
 
Przed nimi jeszcze dużo pracy. Wiosną chcemy podjąć pewne kroki, by poprawić funkcjonowanie tej grupy. Generalnie nie mamy za dużo kobiet, ale będziemy się starać, by ich przybyło. Teraz ich medal w konkursie mieszanym byłby mega niespodzianką, pamiętajmy, że to są de facto juniorki. Nie wiemy też jeszcze, którzy nasi skoczkowie będą je wspierać. Decyzja zapadnie w przyszłym tygodniu. Kamila i Kinga muszą poza tym się zmienić. Ich podejście do skakania nie jest na razie w stu procentach profesjonalne. Potencjał na pewno mają.
 
Od miesięcy mówiło się o powstaniu kanału Polskiego Związku Narciarskiego zbliżonego do "Łączy nas piłka"? Taki projekt wystartował na czas mistrzostw świata. Na co mogą liczyć kibice?
 
Na to, że będziemy starać się pokazywać skoki od zaplecza. Chcemy, żeby Ci, którzy nie są wewnątrz poznali tę dyscyplinę od innej strony. Nagrywamy też podsumowania poszczególnych dni.

 

Odgrywa Pan ważną rolę w tym projekcie, a że stał się w ostatnich latach medialną bestią, czuje się Pan w zapewne jak ryba w wodzie?

 
Czy ja wiem? Gdzieś staram się przekazywać to, co towarzyszyło mi przez całe życie. Próbujemy robić co się da. Teraz gdy media społecznościowe są tak ważne, nie można zostać z tyłu. Stefan Horngacher jest jak wiemy bardzo rygorystyczny i stara się nie dopuszczać mediów do drużyny, ale na pewne rzeczy się zgodził. 
 
Na ostatnie, niezmiennie gorące pytanie o przyszłość wspomnianego Stefana Horngachera odpowie Pan zapewne "pomidor"?
 
Nie mam innego wyjścia. Nic w tym temacie się nie zmieniło. Czekamy do końca mistrzostw świata.
 
A zatem czekamy i trzymamy kciuki.