Przed walką był na fali trzech kolejnych zwycięstw. Najpierw zmasakrował nogi Gilberta Melendeza, brutalnie rozbijając je niskimi kopnięciami. Potem efektownie znokautował obiecującego Doo Ho Choia, by na koniec wrócić z dalekiej podróży, posyłając na deski Josha Emmetta. Dzięki temu zasłużył na starcie z legendą.

 

Z Aldo mu się jednak nie udało. Brazylijczyk nawiązał do najlepszych występów w karierze, nokautując Stephensa w pierwszej rundzie. Od tego występu minęło już ponad pół roku, Aldo zdążył wygrać kolejną walkę, a Stephensa nie widzieliśmy od tej pory w oktagonie. Jeśli ktoś zastanawiał się dlaczego, teraz ma już odpowiedź.

 

- Po walce spojrzałem na moje dzieci, które miały wtedy 9 i 7 lat. Moi rodzice rozwiedli się, kiedy miałem 8 lat. Byłem gotowy zostawić żonę, dzieci, wszystko... Miałem myśli samobójcze. Nie wierzyłem w siebie. Dlaczego młody dzieciak z Des Moines powinien być mistrzem świata? Nie było w tym pewności siebie - powiedział w programie "Helwani Show".

 

Uratował go trener Eric Del Fierro, który poprosił o uczęszczanie do Choice Center w Las Vegas, gdzie ludzie mogą dzielić się z innymi swoimi problemami. Ten program pomocy ewidentnie odcisnął na nim duże piętno.

 

- Musiałem zmienić nastawienie, dowiedzieć się czegoś o sobie. Musiałem też podzielić się przeżyciami z innymi, by zobaczyli co przeżyłem. Dzięki temu nauczyłem się też wiele od nich - dodał.

 

Stephens, szósty w rankingu wagi piórkowej, wróci do oktagonu już w najbliższy weekend. Na gali UFC 235 zmierzy się z Zabitem Magomedsharipovem.

 

- Prawdopodobnie jestem jednym z najtwardszych gości, jakiego możecie spotkać. Na końcu jestem tylko człowiekiem, mam uczucia. Ten program pomógł mojej rodzinie - zakończył.

Transmisja gali UFC 235 w nocy z soboty na niedzielę od 4.00 w Polsacie Sport!