GGG: Pięściarz, promotor... teraz właściciel?!
 
Od ponad czterech miesięcy, Giennadij Gołowkin, były (dla wielu ciągle aktualny) mistrz  świata wagi średniej, zastanawiał się z kim związać swoją karierę. Najpierw z wyścigu odpadło ESPN+, decydując się na kontrakt z Tysonem Fury, a teraz na placu boju pozostały tylko dwie opcje. Wiele wskazuje na to, że GGG podpisze kontrakt ze streamingowym DAZN, choć Premier Boxing Champions, mające kontrakt ze znacznie bardziej łatwiej dostępną telewizją FOX oraz Showtime, podobnie jak DAZN oferowało wypłaty zaczynające się od 10 milionów dolarów za walkę. 
 
To, co może przeważyć szalę na korzyść serwisu obsługiwanego pięściarsko przez Eddie Hearna i jego Matchroom Boxing, to fakt, iż DAZN podobno jest gotowe zaoferować Gołowkinowi nie tylko gwarantowane kilkadziesiąt milionów za walki (przynajmniej 3), ale także udział w zyskach firmy. To byłaby oferta, której nie mają w tej firmie ani Hearn, ani Canelo Alvarez. GGG nie miałby też problemu porozumieć się z szefem -  DAZN jest częścią imperium medialnego Access Industries, którego właścicielem jest mieszkający w Anglii rosyjski miliarder – Sir Leonard Bławatkin.
 
Ostateczna decyzja związana z przyszłością prawie 37-letniego Gołowkina oczekiwana jest do końca tygodnia. Ile jeszcze lat na najwyższym poziomie może walczyć pięściarz, który przez ostatnią dekadę był jednym z najbardziej efektownych pięściarza globu? To najważniejsze pytanie dla tych, którzy zdecydują się podpisać z nim kontrakt. I jeszcze jedna, interesująca dla bokserskiej przyszłości DAZN uwaga: żeby pokryć TYLKO wydatki na kontrakty, firma musi mieć w USA przynajmniej 10 milionów subskrybentów. 
 
Spokojniej (nieco) w Londynie
 
W Nowym Jorku, na pierwszej konferencji prasowej „Black Polska” Miller zadbał o show, popychając podczas pierwszego, oficjalnego po ogłoszeniu walki 1 czerwca, spojrzenia w oczy Anthony’ego Joshuę. W poniedziałek, w Londynie, było już spokojnie. Przynajmniej podczas wspólnego zdjęcia, bo w wojnie na słowa ciągle jest interesująco. „Już 2 czerwca, Jarrell Miller będzie znowu nikim. Nie znam się na piłce nożnej, NFL, rugby, koszykówce czy kick-boxingu. Ale wiem, jak nokautować i obijać rywali. Na ringu zabiorę mu całą duszę, ten cały  entuzjazm. Zrobię mu rekonstrukcję ciała i twarzy. Zabawię się w chirurga” – mówił mistrz świata WBA/IBF/WBO.
 
A Miller? Najpierw się sarkastycznie uśmiechnął, kiedy Joshua opowiadał o tym, że zanim nokautował na ringu, robił to samo w ulicznych walkach, a później uderzył tam, gdzie najbardziej boli – w popularność: „Joshua nie jest już taki potężny, taki wszechmogący. Od czasu, kiedy przyleciałem do Anglii, słyszę tylko o Tysonie Fury. A Joshua nie jest na mnie gotowy” – skończył Miller, który chce znokautować faworyzowanego rywala przed siódmą rundą. 
 
Jak boks... to kontrowersje
 
Praktycznie nie ma tygodnia, by oprócz sportu, nie było w trakcie gali pięściarskich kontrowersji. Miniona sobota nie była wyjątkiem. Na gali w Minneapolis, w pojedynku o mistrzostwo świata wagi świata wagi super średniej WBC w pewnym momencie na ringu było...dwóch zwycięzców. Pierwszy, po przerwaniu walki w 10 rundzie, cieszył się z mistrzowskiego tytułu Turek Avni Yildirim, była już nawet na ringu turecka flaga, komentatorzy FOX TV gratulowali mu zwycięstwa. Kilkadziesiąt sekund później cieszył się ten drugi, Amerykanin Anthony Dirrell.
 
Okazało się, że walka jest przerwana...ale zamiast ogłoszenia zwycięstwa bo Dirrell nie może dalej walczyć, dopatrzono się, że kontuzji. Rozcięcie, wcale nie tak groźnie wyglądające rzeczywiście było, ale zdaniem sędziów miało miejsce na skutek zderzenia głowami kilka rund wcześniej, więc trzeba podliczyć karty punktowe. Tak się jakoś złożyło, że akurat stosowano w Minneapolis system otwartej punktacji WBC (narożniki pięściarzy wiedziały, kto wygrywa), więc reprezentujący promotora gali Dirrell specjalnie nie protestował, kiedy ogłoszono jego punktowe zwycięstwo. Turek i jego team mieli zdecydowanie gorsze humory.