Jeszcze cztery lata temu liga przynosiła straty. Kluby łącznie traciły rocznie około 100 milionów dolarów. Dziś każdy członek MLS zarabia średnio około 32 milionów dolarów za sezon! To 11. wynik na świecie. Według danych opublikowanych kilka miesięcy temu przez Sportcal w raporcie „The Business of MLS” najlepsza jest oczywiście „wielka piątka” ze Starego Kontynentu. Absolutnie najbogatsze są kluby Premier League – każdy zarabia średnio 331 milionów dolarów. Daleko w tyle są Niemcy (194 mln dol.), Hiszpanie (179 mln dol.), Włosi (130 mln dol.) i Francuzi (103 mln dol.). Poza zasięgiem Amerykanów są też kluby brazylijskiej Serie A, które średnio notują dochody w wysokości 73 milionów dolarów rocznie.

 

11. miejsce na świecie

 

Na kolejnych miejscach są jednak mniej stabilne rynki, bowiem w Chinach (69 mln dol.), Rosji (55 mln dol.), czy Turcji (51 mln dol.) wiele zależy od sytuacji politycznej, sponsorów i decyzji rządzących. A do 10. japońskiej J League strata jest już minimalna – 1 miliona dolarów.

 

W dodatku warto zauważyć, że w 2026 roku Amerykanie i Kanadyjczycy zorganizują piłkarski mundial, w związku z tym w najbliższych 7-10 latach nakłady na „soccer” będą na pewno rosły, a sponsorzy siłą rzeczy dostrzegą jeszcze większy potencjał inwestowania w tę dyscyplinę. Tym bardziej, że Amerykanów zabrakło na mundialu w Rosji i teraz muszą popracować nad odbudową także wartości reprezentacji w kontekście najbliższych dwóch mundiali.

 

Szósta frekwencja

 

Ale pieniądze to nie wszystko – MLS to w tej chwili liga numer sześć pod względem średniej widzów na mecz i wpływów z kontraktów tylko od sponsorów na koszulkach. Kluby podpisują także coraz lepsze umowy z dostawcami sprzętu piłkarskiego, tak zwanymi sponsorami technicznymi, a w najbliższych latach wydaje się nieunikniony także wzrost wpływów z transmisji telewizyjnych – zarówno na rynku krajowym, jak i międzynarodowym.

 

Wreszcie ostatnia kwestia – liga będzie ciekawsza, bardziej dochodowa i prestiżowa, jeśli będą w niej grały gwiazdy. Tak jak wiele dla popularyzacji „soccera” zrobił David Beckham, tak teraz sztandar niesie Zlatan Ibrahimović. Bastian Schweinsteiger, Przemysław Tytoń, Wayne Rooney, Giovani Dos Santos, Carlos Vela, Bacary Sagna, czy Amerykanie DaMarcus Beasley i Michael Bradley to tylko wybrane nazwiska, które teraz przyciągają rzesze fanów na stadiony. W najbliższym czasie ma nastąpić jednak jeszcze bardziej zdecydowany szturm na europejski i południowoamerykański rynek, aby ściągnąć kolejne wielkie gwiazdy.

 

Gonią gigantów Nowego Świata

 

Nawet w Nowym Świecie jeszcze niedawno Amerykanie uchodzili za biedniejszych i mniej doświadczonych krewnych wielkich historycznych potęg z Brazylii, Argentyny, czy Meksyku. Takie kluby jak Flamengo, Corinthians, Palmeiras, River Plate, Boca Juniors, czy Chivas Guadalajara były niedoścignione.

 

W 2016 roku w pierwszej piątce najbogatszych klubów piłkarskich obu Ameryk nie było żadnego z Północy. Los Angeles Galaxy zajmowało szóste miejsce, ale wartość klubu wyceniana była na 265 milionów dolarów, podczas gdy liderzy z Corinthians wyceniani byli na ponad 532 miliony. Dwa razy więcej!

 

Dziś Corinthians nadal są najwięksi (ponad 462 miliony dol.), ale Los Angeles FC zajmują trzecie miejsce i wyceniani są na 406 milionów, a więc tylko niespełna 60 milionów mniej niż liderzy i niecałe 20 milionów mniej niż drugie Palmeiras (ponad 424 mln dol.). W dodatku na kolejnych miejscach też są już Amerykanie – wartość New England Revolution szacowana jest na ponad 351 milionów. W czołowej 15 są jeszcze New York Red Bulls (8. miejsce – ponad 264 mln dol.), LA Galaxy (12. – ponad 200 mln dol.) i Orlando City SC (13. – ponad 188 mln dol.).

 

Nowy Świat atakuje, Ameryka atakuje. Tylko z korzyścią dla światowego futbolu.