Pindera: Był w piekle, a wylądował w niebie

Zimowe
Pindera: Był w piekle, a wylądował w niebie
fot. PAP

Sprawiedliwości stało się zadość, bo świetnie skaczący w Seefeld Dawid Kubacki został mistrzem świata, a Kamil Stoch wicemistrzem, ale okoliczności towarzyszące wielkiemu sukcesowi Polaków były niezwykłe.

Stoch twierdzi, że nikt o zdrowych zmysłach nie wymyśliłby takiego scenariusza. Kubacki tylko patrzył i nie mówił nic, gdy kolejni wyprzedzający go pierwszej serii zawodnicy psuli swoje skoki w drugiej, a on wciąż był liderem.

 

Powiem szczerze, nie widziałem wcześniej takiego konkursu. Stoch był po pierwszej serii 18, a Kubacki 27!!!


Znakomicie spisujący się w Seefeld, zwycięzca kwalifikacji i obrońca tytułu, Austriak Stefan Kraft był dziesiąty. Przepadł w pierwszej serii mistrz świata z dużej skoczni, Niemiec Marcus Eisenbichler, blisko lądowali inni kandydaci do podium na mniejszym obiekcie.


Zgadzam się w zupełności ze Stefanem Horngacherem, austriackim trenerem polskich skoczków, że ten konkurs powinien zostać przerwany i przeniesiony na sobotę, co więcej on uważał, że najlepiej gdyby w tych warunkach nikt do niego nie dopuścił.

 

Alexander Pointner był przekonany, że po złoty medal sięgnie prowadzący po pierwszej serii znakomity Japończyk Ryoyu Kobayashi lub Niemiec Karl Geiger, wicemistrz świata z dużej skoczni, który zajmował drugie miejsce. Myślał logicznie, ale nie uwzględnił sił natury oraz umiejętności naszych skoczków.


Gdyby na wyniki tego konkursu przyjmowano zakłady bukmacherskie po pierwszej serii, fatalnej dla Polaków, to ten kto postawiłby na złoto Kubackiego i srebro Stocha, zostałby milionerem. Wydawało się to niemożliwe, choć owszem, brązowy medal był w zasięgu jednego i drugiego, ale przy jakimś szczególnie korzystnym zbiegu okoliczności.


Życie płata jednak niespodzianki, czasami smutne, czasami radosne, i tak było w Seefeld, gdzie rozgrywano konkurs o mistrzostwo świata na tzw. normalnej skoczni.


Kubacki skoczył 104,5 m i rozjaśniło mu się oblicze, Horngacherowi, który po pierwszej serii był wściekły, również. Kilka minut później Stoch wylądował na 101,5 metrze i był drugi za… Kubackim. Nikt jednak z ludzi obecnych pod skocznią, ani nikt z telewidzów, nie postawiłby złamanego szeląga, że tak zostanie do końca.


Po nieudanym skoku Słoweńca Zigi Jelara, zajmującego po pierwszej serii trzecie miejsce, Dawid wciąż był pierwszy i już wiedziałem że ma medal. Zapewne brązowy, bo nie sądziłem, że Geiger i Kobayashi przegrają swoją szansę, ale przestałem się denerwować. O sobie nie myślałem, nie sądziłem, że ja też stanę na podium – mówił dziennikarzom po konkursie niewierzący w to co się stało Kamil Stoch.


A jednak, padający gęsty śnieg z deszczem i zmienny wiatr napisały swój scenariusz. Szybkości na progu były bardzo niskie, kandydaci do medali jeden po drugim lądowali awaryjnie, przed zieloną linię, która wyznaczała sukces. Geiger i Kobayashi też w tej bitwie z naturą polegli. Wyraźnie prowadzący po pierwszej serii Ryoyu Kobayashi zajął 14 miejsce, Geiger 18.


A na podium nastąpiła nieoczekiwana zmiana miejsc: do Kubackiego i Stocha dołączył Kraft, ostatecznie trzeci. Kubacki, czego jestem pewien, nie zapomni tego konkursu do końca życia. Był już w piekle, a wylądował w niebie. Czyli cuda się zdarzają.

Janusz Pindera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze