Kiedy w czwartek napisałem tekst "sponsorujący" wybór Michała Winiarskiego na nowego trenera Trefla Gdańsk, nie spodziewałem się, że wywoła on zaciętą dyskusję na Twitterze. Tym bardziej, że nie znam pozostałych kandydatów na szkoleniowca gdańszczan. Dziwię się jednak, że środowisko siatkarskie - kibice, dziennikarze - nie rozmawiają o merytoryce decyzji, a starają się po prostu podważać sam sens wyboru jednego z największych siatkarzy ostatnich lat w Polsce. Powodów jest wiele.

 

Będzie ich ośmiu?

 

Doceńmy szkoleniowców z pierwszej ligi - krzyczą jedni, stawiajmy na tych, którzy już coś osiągnęli - wtórują inni, niech "Winiar" popracuje najpierw na zapleczu - dodają kolejni, Michał nie jest gotowy do pracy na najwyższym poziomie - wątpią niektórzy. I tak dalej. I być może mają rację. Wszyscy jednak chyba zapomnieli, że jeszcze kilka miesięcy temu w PlusLidze pracowało tylko czterech, a po upadku Stoczni Szczecin nawet trzech Polaków. Ligą wciąż rządzili Włosi.

 

Teraz trend ten jest powoli odwracany. Po raz pierwszy od lat. Przy sprzyjających wiatrach w kolejnych rozgrywkach trenerów z rodzimym paszportem może być nawet ośmiu. Kolejny sezon może być więc przełomowy, ale pod jednym warunkiem - po tylu latach stawiania na zagranicznych szkoleniowców, prezesi klubów dostaną jasny sygnał, że Polacy są przygotowani do pracy, że mają charyzmę, wiedzę, chęci, umiejętności taktyczne i w zarządzaniu grupą.

 

Wagner i Antiga nie dostaliby szansy

 

Weryfikacja tych zdolności u całej grupy trenerów będzie niezwykle ciężka. Nie wiem na przykład, czy Winiarski poradzi sobie w Gdańsku, ani czy zastanie tam odpowiednie warunki, aby rozwiązać ewentualne problemy. Nie wiem także, czy szanse na to miałby ewentualny trener z doświadczeniem pierwszoligowym lub ktokolwiek inny. Tak jak nikt nie mógł być pewny, że Hubert Jerzy Wagner czy Stephane Antiga wywalczą mistrzostwo świata już na początku trenerskich karier. Ale czy to oznacza, że jako żółtodzioby teraz dostaliby szansę w PlusLidze?

 

Na końcu werdykt wydadzą zresztą nie dziennikarze i kibice, a włodarze klubów. To oni zdecydują nawet nie o interpretacji wyników poszczególnych trenerów, a o tym na ile dany styl przemawia do nich, pasuje do sposobu zarządzania klubem. Jak bowiem odczytać wyniki Andrei Gardiniego w Indykpolu AZS Olsztyn i decyzję Sebastiana Świderskiego, aby ściągnąć Włocha do Kędzierzyna-Koźla? Czy miejsca 10. i 5. były wystarczającym argumentem? A przegrane trzy finały w 2018 roku przez ZAKSĘ nie dały powodów do zwolnienia "Gardo"? Jasnym jest, że o wszystkim decydowały inne czynniki. Jak rozumieć zatrudnienie Michała Mieszko Gogola w PGE Skrze Bełchatów? Przecież to nie wyniki w poprzednich klubach Gogola były raczej decydujące, a jego potencjał, który dostrzegli włodarze i sponsorzy (?) z Bełchatowa.

 

Weryfikacja musi być

 

Tak samo zupełnie co innego zadecyduje o tym, że prezes Dariusz Gadomski zatrudni Winiarskiego lub zdecyduje się na inny ruch. Trudno też już teraz przewidzieć, jak będzie wyglądała na przykład weryfikacja pracy Piotra Gruszki w Rzeszowie. Przecież po tak trudnych, pełnych turbulencji dwóch sezonach i kolejnej przebudowie zespołu ciężko oczekiwać cudów. Ale z drugiej strony jakiś cel minimum i weryfikacja po pierwszych miesiącach współpracy z prezesem Krzysztofem Ignaczakiem na pewno nastąpi.

 

Wierzę jednak, że dobry trener zawsze się obroni. Nawet jeśli chwilowo będzie narzekał na brak ofert, będzie musiał zejść ze swoich oczekiwań, popracować w trochę mniejszym i słabszym klubie, to wróci na szczyt. Julio Velasco po latach dominacji z reprezentacją Italii zszedł nawet – przy całym szacunku – do poziomu reprezentacji Czech czy Hiszpanii, aby w zeszłym roku zostać nominowanym szkoleniowcem legendarnej Modeny. Polscy trenerzy też muszą udowodnić klasę.

 

W każdym innym wypadku, jeśli nie zachwycą, nastąpi fala powrotna - ponownie menedżerowie zaczną ściągać do kraju różnej maści Włochów, Rumunów, Holendrów, czy Argentyńczyków. I sam paszport nie ma dla mnie znaczenia - oby byli to jednak fachowcy lepsi i skuteczniejsi niż rodzimi szkoleniowcy. Ale najpierw dajmy im szansę pracy. Niezależnie, czy nazywają się "Winiarscy" czy "Kowalscy".