Nawet w środowy wieczór, kiedy wyprzedził Michaela Jordana na liście najlepszych strzelców National Basketball i Association nie było hollywoodzkiego happy endu: Lakers dotkliwie przegrali czwarty kolejny mecz, tym razem na własnym parkiecie z Denver Nuggets 99:115, a szansy gry w playoffs są tylko iluzoryczne.

 

Największa porażka Króla?

 

Kiedy 34-letni LeBron James podpisywał warty 154 miliony dolarów, czteroletni kontrakt z Los Angeles Lakers, udział w playoffs miał być GWARANTOWANY. Po kilku, w miarę udanych, tygodniach zaczęto się nawet zastanawiać czy Lakers nie mają szans na pierwszą czwórkę w playoffs, premiowaną przywilejem własnego parkietu. To było dawno, w 2018 roku. Dziś nikt tego już w NBA nie pamięta.

 

W marcu 2019 roku trudno doszukać się scenariusza, dającego najlepszemu koszykarzowi ligi i jego drużynie jakąkolwiek szansę na grę w rozgrywkach wyłaniających mistrza NBA. "Gdzieś około 2-3 procent. Na pewno nie więcej” - mówią statystycy, a wszyscy inni już komentują smutna ewentualność historycznego dla Lakers, szóstego sezonu bez playoffs. I to z LeBronem Jamesem w składzie, dla którego będzie to pierwsze rozstanie, z jak mawiał Michael Jordan, „prawdziwym sezonem NBA” od trzynastu lat.

 

"To wasza wina, a nie moja"

 

LeBron James nigdy nie miał problemu z krytykowaniem kolegów w zespołu. Ale to, co sprawdzało się kilkakrotnie w Cleveland Cavaliers, zupełnie nie sprawdziło się w Kalifornii. Czy dlatego, że w 2010 był lepszy, był przykładem na parkiecie, a dziś już niekoniecznie? Czy może dlatego, że wszyscy w Cleveland wiedzieli jakie miał wpływy w klubie?

 

Tak czy inaczej: stwierdzenia typu: "widzę, że wszyscy są przyzwyczajeni do takich porażek, ale ja nie” (po przegranej z Pelicans), czy  "zawodnicy, którzy są rozkojarzeni transferami powinni przyjść i przyznać, że się do gry w takim klubie (jak Lakers) nie nadają” - nie pomogły. Wprost przeciwnie - zamiast mobilizacji, były porażki.

 

Wszystko złe, co się mogło stać, się stało

 

Pomimo tych zastrzeżeń, LeBron, w najczarniejszych snach nie mógł przewidzieć tak fatalnego scenariusza sezonu. Najpierw była grudniowa, najdłuższa w karierze Króla kontuzja (prawie sześć tygodni). Później plotki, że każdy w zespole - z wyjątkiem Jamesa - jest do oddania, bo jest szansa pozyskania Anthony Davisa. Wiadomo jak bardzo negatywnie musiało to wpłynąć na młodych graczy Lakers. "Po co grać, jak nikomu na nas nie zależy?" - nikt tego głośno nie powiedział, wszyscy o tym wiedzieli.

 

To nie koniec. Kolejne kontuzje - Lonzo Ball, Tyson Chandler - zamieniły solidnych w defensywie Lakers na grupę biegających bez celu koszykarzy. Lakers nie potrafili (co zawsze było ich atutem) wygrywać nawet z najgorszymi zespołami w NBA. Teraz zamiast pewnych punktów w meczach ze słabeuszami, były kompromitujące porażki.

 

Sezon eksperymentalny? Tak to wygląda

 

Tak naprawdę, nikt się nie powinien dziwić zapaści Lakers, bo… inaczej być nie mogło. LeBron to fenomenalny koszykarz, ale u schyłku kariery. Jak mógł pomóc zespołowi, mając wokół siebie tylko graczy uczących się National Basketball Association? Albo takich, którzy jak Rondo czy Stephenson czasami pomagają, ale równie często przeszkadzają w wygrywaniu?

 

Nie miejmy złudzeń - każdy z wielu wątpliwych kontraktów podpisywanych przez Lakers miał pełną aprobatę Jamesa. Lakers i LeBron założyli, że do wygrywania w lidze wystarczy mieć gwiazdę jego formatu i że reszta ligi im w tym wygrywaniu pomoże, oddając im swoich najlepszych graczy. Prawda okazała się brutalna. Może być jeszcze gorzej. LeBron jest z każdym rokiem odrobinę starszy, odrobinę łatwiejszy do powstrzymania. Z czasem jeszcze nikt nie wygrał.

 

WYNIKI, TERMINARZ I TABELE LIGI NBA