Billy lubi żyć przyszłością, co nie oznacza, że nie ma w nim ziarna sentymentalizmu. Uwielbia spojrzeć na zachodzące słońce i zasępić się nad swoim życiem pełnym szalonych, zwariowanych, ale i dramatycznych chwil…

 

„Moja żona – Christina nie może się o niczym dowiedzieć. Gdyby poznała opinię lekarzy o stanie mojego kręgosłupa, pozamykałaby dom na cztery spusty i wybiłaby mi z głowy speedway. Odczułbym na własnej skórze cóż znaczy domowy areszt. I pomyśleć, że to wszystko w trosce o moje zdrowie. Fakt, nie przypuszczałem, że upadek w Costa Mesa w 2008 roku wywoła tak groźne reperkusje. Mike Faria, mój dobry kumpel, uderzył we mnie na szczycie wirażu, a ja wylądowałem pod bandą. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że to nie powód do dramatu. Przecież tydzień temu obróciło mnie na wirażu, obiłem sobie solidnie 4 litery, ale poza zakurzonym kevlarem i lekko zdartą skórą, nic mi się nie stało.

 

Po kraksie z Farią, poczułem, że Pani Śmierć zagląda mi w oczy. Siły opuszczały mnie w oszalałym tempie. W szpitalu powiedziano mi, że nie doznałem żadnego złamania, ale wciąż czułem się podle. Postanowiłem, że zasięgnę rad u specjalistów. Po prześwietleniu okazało się, że mój kręgosłup jest w opłakanym stanie. Lekarz stwierdził, że jeżeli jeszcze raz solidnie obiję sobie dolną część pleców, to mogę rozważać poruszanie się na wózku inwalidzkim. Nie wierzyłem, więc wybrałem się do innego lekarza. Gość był świetnie obeznany w dziedzinie urazów kręgosłupa, wyleczył wielu zawodowych sportowców. Ku memu przerażeniu potwierdził opinię pierwszego lekarza. „Możesz się ścigać, ale jeżeli znów wylądujesz na czterech literach, twój kręgosłup może nie wytrzymać, bo w przeszłości doznałeś wielu kompresyjnych złamań” – wyznanie eksperta ścięło mnie z nóg… - wspomina Billy i zawiesza głos…

 

 

 

Magiczny wyścig w Bydgoszczy

 

Łyk kawy przeszył gardło Billy’ego. Po komunikacie medycznym o takim wydźwięku, każdy człek z trudem połykałby ślinę…

 

„W 2008 roku broniłem tytułu mistrza USA, chciałem znów sięgnąć po złoto. Byłby to cudny prezent na zakończenie kariery. Słowa wypowiedziane przez lekarza na 3 dni przed rozpoczęciem Mistrzostw USA brzmiały jak wyrok. Najpierw myślałem, że będzie dobrze, ale im bliżej pierwszej rundy, tym bardziej czarne myśli zaczęły się do mnie przytulać i oplatać moją czaszkę. Czułem, że będę popełniał banalne błędy podczas jazdy i ulegnę wypadkowi. Wracałem autem do domu. Drżałem jak himalaista, który stopniowo wychładzał się po przejściu burzy śnieżnej i przestawał wierzyć, że odnajdzie jeszcze drogę do bazy. Wiedziałem, że już nigdy nie będę tym samym zawodnikiem. Nie potrafię wypędzić z głowy myśli o niebezpieczeństwie. Odpłyną w niebyt szalone ataki i widowiskowa jazda. Pokonywałem kolejne kilometry. Krajobraz nie przykuwał mojej uwagi. Postanowiłem, że za żadne skarby świata nie puszczę pary z gęby. Moja małżonka Christina nie może wiedzieć jakim ryzykiem obarczony jest mój start w mistrzostwach USA” – Billy poczuł, że oczodoły były lekko zawilgocone…

 

Sponsor Billy’ego Hamilla – Joker Machine – zapewnił, że wysupła pieniążki na przygotowanie motocykli. Amerykanin wiedział, że nie może go zawieść. Billy nie wyjawił nikomu druzgocącej diagnozy, założył kask i ścigał się jak za starych, dobrych lat. W części zasadniczej zgromadził 11 oczek, a w finale zajął drugie miejsce za Billym Janniro. „Przed pierwszym wyścigiem podjąłem decyzję, że moja rodzina dowie się o wszystkim, ale dopiero wtedy kiedy zgasną światła i stadion opustoszeje. Po finale w parku maszyn zjawiła się Christina i moi rodzice. Byli zszokowani tym co usłyszeli z moich ust. Mama najlepiej poradziła sobie ze stresem. Po 5 minutach przytuliła mnie i odetchnęła z ulgą. Cieszyła się, że bezpiecznie odjechałem zawody. Z kolei Christina usiłowała dociec dlaczego nie powiedziałem jej wcześniej o diagnozie lekarzy. Milczałem jak grób. Gdybym szepnął jej choćby słówko, wówczas moje szanse na start w zawodach zmalałyby do zera” – drużynowy mistrz świata z 1990, 1992, 1993 i 1998 roku ujawnił wrażliwe oblicze.

 

Billy Hamill przez lata czarował fanów speedwaya niebanalnym stylem jazdy. Wyginał się na motocyklu jak akrobata, był zwinny jak kot, żył intensywnie. W jego jeździe można było dostrzec ten zachwycający odcień szaleństwa, który sprawiał, że kibice odczuwali przemarsz cząsteczek kwantowych po naskórku. „Bullet”, niczym prawdziwy pocisk, zbliżał się do celu z niebywałą precyzją, wybierał przeróżne ścieżki, zaskakiwał kreatywnością. Hamill nie uznaje półśrodków na torze. To człowiek, który zakładając kask, zamieniał się w subtelnego wojownika.

 

„Muszę czuć ogień w oczach, kiedy wyjeżdżam na tor, a krew w moich żyłach musi zamieniać się w elektrolit. Jeśli nie odczuwam pożądania i mam przymykać gaz, wolę dać sobie spokój. Przechowując w głowie myśl, że jeden upadek może wysłać mnie na wózek inwalidzki, wiem, że nie będę już tym samym zawodnikiem. Zresztą, moje ciało wysyłało mi sygnały podczas ostatniego sezonu na Wyspach Brytyjskich. Niezależnie od tego czy lądowałem na głowie, uderzałem plecami czy czterema literami o bandę, zawsze kończyło się złowrogimi podszeptami, których autorem był kręgosłup” – wyjaśnia legendarny amerykański żużlowiec.

 

Billy kocha speedway, ale zna też okrutną twarz tego sportu. Podczas Grand Prix w Bydgoszczy w 1998 roku doznał poważnego urazu kręgosłupa. Powątpiewano czy będzie mógł jeszcze chodzić, ale wspaniała praca polskich chirurgów uchroniła go przed najgorszym. Kiedy przed operacją podano mu narkozę, Billy, jak przystało na żużlowca, zaczął fantazjować. „Cześć, ale ty masz piękne piersi” – wyszeptał do chirurga, który pochylił się nad Amerykaninem. To był sygnał, że tzw. „głupi Jaś” zaczął działać. Operacja powiodła się, a Billy opuszczając bydgoski szpital poprosił o księgę wpisów. „W żadnym szpitalu nie otoczono mnie tak fachową i czułą opieką jak w Bydgoszczy” – napisał „Bullet”. A chirurg na odchodne zażartował do Amerykanina: „Nie dość, że opiekowali się tobą fachowcy, to mieli jeszcze dodatkowy atut: piękne piersi”. Hamill uśmiechnął się. Mógł snuć plany o kolejnych startach…

 

Odwdzięczył się Bydgoszczy kiedy podczas GP w 2001 roku wziął udział w bodaj najbardziej ekscytującym wyścigu w historii IMŚ. Billy do dziś twierdzi, że w 18 wyścigu GP Polski’2001 w Bydgoszczy było więcej tasowania niż w całym sezonie F1, w którym królował Michael Schumacher… Leigh Adams przy samej kredzie, Tomasz Gollob z drugiego pola, w białym kasku Billy Hamill, a spod bandy Greg Hancock. „Na te zawody przyleciał mój druh, Kalifornijczyk Mike Lord. Ten stary poczciwy kowboj był spokojny aż do 18 wyścigu. Gdy zjeżdżałem do parku maszyn, jego oczy wyglądały jak pradawne amerykańskie monety! Mike krzyczał niczym opętany: „o to chodzi, Billy, o to chodzi!” – zaśmiewa się Hamill. „Byłem naładowany taką energią, że podniósłbym na plecach most Golden Gate w San Francisco! Łokcie i pośladki pracowały w tym wyścigu na takiej adrenalinie, że hej. To kwintesencja żużla. Cieszę się, że wygrałem ten kosmiczny pojedynek. Życzę, aby każdy kto uprawia speedway, przeżył choć jeden raz taki wyścig” – wspomina „Bullet”. Oj, święte słowa Billy. Ten bieg oglądało się skacząc na drewnianej ławeczce na stadionie Polonii…

 

 

 

Pod rączkę z poganami

 

Kto wie, może Billy Hamill dłużej kręciłby kółka, gdyby nie pech jaki dopadł go w 2005 roku w Swindon. Billy zdecydowanie prowadził w jednym z wyścigów. Niestety, pękł łańcuch w jego motocyklu. Szwed Jonas Davidsson uderzył w Amerykanina. Billy poczuł potworny ból w klatce piersiowej. Przebite płuco, złamane żebra i kilka złamanych kręgów – prawdziwy dramat. Hamill myślał, że to koniec kariery, ale na szczęście trafił do Paula Ankersa. Ten wybitny specjalista (leczył też trzykrotnego indywidualnego mistrza świata Australijczyka Jasona Crumpa), sprawił, że Billy udanie przebył rehabilitację. Hamill spędził wiele godzin w klinice Ankersa w Horsham. Efekt: Billy mógł znów biegać. „Miałem 35 lat. To była najgroźniejsza kontuzja w mojej karierze. Obiecałem sobie, że pojeżdżę jeszcze dwa lata w Europie i kończę z żużlem. Gdy wróciłem na tor po wypadku w Swindon, męczyłem się tak okrutnie, że na 3 i 4 okrążeniu nie mogłem złapać tchu. Pędziłem na motocyklu, ale marzyłem tylko o tym, aby ujrzeć szachownicę już po drugim kółku. Coś niedobrego działo się z moim organizmem” – wspomina Amerykanin.

 

Billy twierdzi, że jako młody chłopak miał niezwykłe szczęście, gdyż trafił do legendarnego brytyjskiego klubu Cradley Heath. Hamill lubił żartować, że „poganie” z Cradley to zespół, który powstał z lawy wulkanicznej. „Przekraczałem bramy stadionu przy Dudley Wood Road i energia wprost rozrywała mi żyły. Magiczny stadion. Był taki okres kiedy mieszkaliśmy z Gregiem Hancockiem u Gundersenów: Erika i Helle. Dwaj Jankesi pod jednym dachem z taką legendą jak Erik – to musiało zaowocować kapitalną rywalizacją na torze. Promotorzy zacierali ręce, bo wiedzieli, że w każdym wyścigu damy maksymalnego czadu. Wiele nauczyłem się od Grega. W czasach juniorskich wszyscy byli wpatrzeni w Herbiego. Wtedy Grega sponsorował Bruce Penhall (indywidualny mistrz świata z 1981 i 1982 roku). Może Greg nie był najszybszy, ale miał rewelacyjną technikę. Udoskonalił moje starty, ale był też moim przewodnikiem poza torem. Gdy przyleciałem z Kalifornii, nie bardzo kumałem jak przemieszczać się po Anglii. Herbie miał świetną orientację w terenie. Kroczyłem jego śladami. Greg był na tyle uczynny, że pomógł mi nawet założyć konto bankowe na Wyspach!” – wspomina Billy.

 

 

 

Tak, tenże sam „Grin”, czyli Greg Hancock, który może poszczycić się 455 wygranymi wyścigami w GP. Hancock aż 92 razy (!) zameldował się w wielkim finale Speedway GP. Wystartował w 1248 biegach, odniósł 21 zwycięstw w GP i zdobył 2655 punktów. Niewyobrażalne, acz prawdziwe… „Sądzę, że Greg złamał wszelakie bariery i wytyczył totalnie nowe arterie. To mistrz z innej planety. Niewielu 48-latków wciąż walczy o mistrzostwo świata. Wspaniały sportowiec. Greg jest inspiracją dla młodzieży, ale wielu zawodników niewiele młodszych od niego zastanawia się: hej, może i ja pojeździłbym na wysokim poziomie do pięćdziesiątki? To przykład na to, że w świecie sportu nic nie jest niemożliwe” – uważa Billy.

 

Pomocną dłoń do „Bulleta” wyciągnął również barczysty Szkot Craig Cummings. Imponował ogromną wiedzą techniczną. Polskim fanom Szkot kojarzy się z burzliwym przebiegiem GP Niemiec w Pocking w 1998 roku. Wówczas Craig wyrósł jak spod ziemi przed Zbigniewem Bońkiem. Legendarny piłkarz Zawiszy Bydgoszcz, Widzewa Łódź, Juventusu i AS Roma, wspaniały ambasador futbolu, stanął w obronie Tomasza Golloba, ale zaniechał próby pojedynku z Cummingsem. Byłoby to równie szalone jak forsowanie Wału Hadriana przez Rzymian… Dla Hamilla, Craig Cummings był guru mechaniki, a nie ochroniarzem. „Big Craiger” – tak mówiono o nim w parku maszyn. „Kiedy Craiger zaopiekował się moimi motocyklami pod koniec 1994 roku, wiedziałem, że nadchodzi nowa era. Byłem bardzo kiepski jeśli chodzi o stricte techniczną wiedzę, a mój szkocki przyjaciel miał wszystko w jednym paluszku. Wiedział jakie ustawienie będzie optymalne. Mądra bestia. Kiedy po raz pierwszy skręcił mi sprzęgło, zacząłem wręcz fruwać spod taśmy. To wspaniały kumpel i zdolny mechanik. Zresztą, jego późniejsza kariera w Moto GP i wyścigach superbikes jest dowodem na to, że Craig wyznaje się w śrubeczkach!” – śmieje się „Bullet”.

 

Napędzany wiedzą Cummingsa, który podskórnie czuł co gra w duszy motocykli, Hamill wygrał GP w Wiener Neustadt. Był 1995 rok. Billy zapisał się w historii jako pierwszy i ostatni żużlowiec, który wygrał turniej GP na stojącym silniku. „Nie zapomnę wyrazu twarzy Tony’ego Rickardssona. Tony strzelił komplet w zasadniczej serii, a w finale całą swoją uwagę skupił na Hansie Nielsenie. Gdy po wyścigu spojrzałem mu w oczy, jego wzrok zdawał się krzyczeć: ki diabeł, jak mogłem pozwolić, żeby uciekł mi ten smarkacz z USA? Byłem młody, to było drugie GP w historii, zrobiłem niezłego psikusa Szwedowi” – mówi Billy. Niepokorny Amerykanin darzy Rickardssona ogromnym szacunkiem. „Mieliśmy bardzo podobne podejście do speedwaya. Tony nigdy nie był konserwatystą. Wyznawał filozofię, że speedway to sport ekstremalny dla chłopaków z jajami, więc nie bał się wjechać w najmniejszą szczelinę. Mógł całować się z bandą, ale jeśli czuł, że to sposób na wygraną, to słuchał podszeptu fantazji. Pod tym względem byliśmy jak z jednej matki. Balls to the wall – to było nasze hasło. Greg wiedział doskonale, w którym momencie przystopować i kiedy wstąpić do partii konserwatystów, ale ja byłem zupełnie inny. Wszystko co robił Tony na torze i poza nim było niezwykle profesjonalne. Nakręcałem się kiedy podpatrywałem jego zachowanie. Były takie wyścigi, kiedy patrząc na jazdę Tony’ego, mówiłem sam do siebie: kurcze, ten gość jest fenomenalny na motocyklu” – ogień znów pojawił się w oczach Hamilla.

 

O ile Szwed wyznaczał standardy jeździeckie w speedwayu, o tyle wzorzec biznesowy narodził się w głowach Amerykanów. Team Exide, magiczny twór napędzany elektrolitową gotówką, zdał perfekcyjny egzamin w 1996 roku. Billy Hamill ani przez moment nie prowadził w klasyfikacji GP, ale miał druzgocący finisz i rzutem na taśmę zapewnił sobie tytuł mistrza świata...

 

Szachy w Vojens

 

Sam Ermolenko dał się poznać jako wybitny strateg i świetny matematyk. Wszyscy spodziewali się, że 21 września 1996 roku dojdzie do koronacji duńskiego profesora, ale Hans Nielsen przegrał wojnę nerwów. Co prawda Duńczyk wygrał w 18 wyścigu i zakończył serię zasadniczą z dorobkiem 10 punktów, ale wciąż nie był pewien awansu do finału A. Do akcji wkroczył wujek Sam Ermolenko, który przeanalizował możliwe scenariusze szybciej niż komputer. Jeśli Billy Hamill marzył o złotym medalu, musiał wygrać GP Danii i liczyć na to, że jego największy rywal, Hans Nielsen, nie awansuje do finału A. Przed 20 wyścigiem pewni awansu do finału byli: Billy Hamill (12 oczek w 4 startach) i Greg Hancock (12 punktów w 5 startach). Samowi Ermolenko brakowało jednego oczka, aby znaleźć się w doborowym kwartecie (miał 10 punktów). Nieoczekiwanie pojawił się jeszcze jeden kandydat do występu w finale A – Brytyjczyk Mark Loram. Zwycięstwo w 20 wyścigu dawało Loramowi 11 oczek, a więc zepchnąłby Nielsena poza pierwszą czwórkę. Ogromne nerwy w boksie zajmowanym przez profesora z Oxfordu, Hansa Nielsena. Czwórka zawodników ustawiła się pod taśmą. Na wieżyczce sędziowskiej znakomity brytyjski arbiter Graham Brodie. Kto wygra 20 wyścig? Loram przyjeżdża pierwszy, drugi jest Ermolenko, a bezbłędny do tego momentu Hamill dopiero trzeci. Stawkę zamyka Piotr Protasiewicz, ówczesny mistrz świata juniorów. Mark zdobywa tym samym 11 punktów. Hans Nielsen poza burtą. Duńczyk nie pojedzie w finale A.

 

„Nie mogłem oddychać kiedy Sam uświadomił mi jak niewiele brakuje mi do tytułu mistrza świata. Cztery okrążenia i po krzyku. Wiedziałem, że jak będę za bardzo skupiony na zwycięstwie, to nic z tego nie wyjdzie. Zdawałem sobie sprawę, że moi koledzy z reprezentacji: Greg i Sam pomogą mi zdobyć ten tytuł, ale wiedziałem też, że Mark Loram, wojownik z krwi i kości, nie odpuści. Mój syn Kurtis, lubi czasem obejrzeć zapis video z finału A podczas Grand Prix w Vojens i nie może nadziwić się, że byłem taki szybki. Pikanterii dodaje fakt, że przed sezonem 1996 gościłem w warsztacie Carla Blomfeldta. Warsztat Carla mieścił się tak naprawdę w domu Sama Ermolenko. Rozmawialiśmy z Carlem o leżących silnikach, w międzyczasie wpadł do nas Steve Langdon. Zaczął mi schlebiać i cukrować, że mam odlotowy styl itd. Steve stwierdził, że z moimi wygibasami na bike’u sięgnę po tytuł mistrza świata. Byłem sceptyczny. Mówiłem, spokojnie panowie, nie pompujcie mnie, wchodzą leżaki, a to spora rewolucja. Jak wygram jeden z sześciu turniejów Grand Prix w tym roku, to będzie bosko. Carl przygotował mi wspaniałe fury. Od pierwszego wyścigu czułem, że nie będzie źle, ale nie sądziłem, że cała zabawa zakończy się złotym medalem IMŚ” – wspomina z rozrzewnieniem Billy.

 

 

 

Kłopoty z płatnościami i dwulicowością

 

Kilka razy „Bullet” był przygnębiony oczekując na zaległą wypłatę w polskiej lidze żużlowej. Kaptur niedbale zarzucony na głowę, okulary przeciwsłoneczne ukrywające strach... Olbrzymia niepewność. Billy wiedział, że wszystko zależy od chwiejnego humoru prezesa klubu. Mimo to, Amerykanin jest pod wrażeniem polskiej transformacji. „Jestem pełen podziwu dla Polaków. Przyjaźń z moim wieloletnim mechanikiem, Jackiem Basińskim otworzyła mi oczy na Polskę. My, ludzie tzw. cywilizacji Zachodu jesteśmy zepsuci. Nie doceniamy smaku wolności. Polska przechodziła rozbiory, wielokrotnie musiała bronić się przed agresją silniejszych sąsiadów. Polacy to ludzie, którzy mają w sobie niezwykłe pokłady energii. Walczą o lepsze jutro, uczą się funkcjonowania w świecie wolnego rynku, a to przecież gigantyczny przeskok z epoki komunizmu. Na początku lat 90-tych warszawskie lotnisko wywoływało u mnie uczucie grozy. Myślałem, że wylądowałem w wymarłym mieście. Dziś jest tam przepiękny terminal. Darzę Polaków ogromnym szacunkiem, bo w krótkim czasie dokonali sporego postępu” – mówi Billy.

 

 

 

Hamill wpadł w przerażenie kiedy odwiedził Rosję pięć dni po moskiewskim puczu, w wyniku którego Michaił Gorbaczow ustąpił z funkcji generalnego sekretarza KPZR. „Szary rosyjski obywatel musi mieć gigantyczną odporność psychiczną, bo rzeczywistość go nie rozpieszcza. Musi być bardzo kreatywny jeśli chce przetrwać w tym bezlitosnym świecie stworzonym przez oligarchów” – zauważa Kalifornijczyk.

 

Jednak jak się okazuje, nie tylko kraje dawnego bloku komunistycznego mają problemy z rozgraniczaniem dobra i zła. Wydawać by się mogło, że Skandynawia, ostoja tolerancji i otwartości, wolna jest od tego rodzaju kłopotów. Billy spędził wystarczająco dużo czasu w Szwecji, żeby poznać prawdziwe oblicze tej części Europy i wie, że rzeczywistość jest bardziej bolesna niż stereotyp. „W 2004 roku Bjarne Pedersen wygrał GP we Wrocławiu i zaczęło być o nim głośno. Nie znałem go osobiście, ale mój syn Kurtis bardzo chciał poznać Duńczyka, więc przyprowadziłem go do boksu Bjarne przed meczem ligowym w Eskilstunie. Stanąłem przed Bjarne i powiedziałem: to mój syn Kurtis, chce pogratulować ci zwycięstwa w GP. Następnie przedstawiłem się Duńczykowi. Pedersenowi nie szło w tych zawodach. Szefostwo Masarny Avesta wywierało na nim presję, ale Bjarne nie miał dnia. W jednym z wyścigów Pedersen przełamał się. Jechał drugi za kolegą z Avesty, więc zanosiło się na 5:1 dla gości. Puściłem się w pogoń, ale gdy tylko Bjarne mnie zauważył, momentalnie wyprostował motocykl. Uderzył w kierownicę mojego motocykla, ściął mnie i upadłem na tor. Na szczęście nie dotknąłem bandy i nie poczułem jak to jest dźwigać na klatce piersiowej 80-kilogramową panienkę, czyli motocykl żużlowy. Mój bike odbił się od bandy i zmierzał w stronę linii start/meta. Na nieszczęście, akurat przejeżdżał tamtędy mój kolega z zespołu Smederny, Freddie Eriksson. Klęczałem wówczas na kolanach, podnosiłem się po upadku. Mój szalejący motocykl uderzył we Freddiego. Eriksson upadł na tor, leżał bez ruchu. Myślałem, że złamał kręgosłup. Przeraziłem się. Krzyknąłem do Bjarne: co ty wyprawiasz? Nie czekałem na odpowiedź, tylko przyłożyłem mu z pięści. Nie chciałem go zranić ani znokautować. Chciałem go nauczyć, że rywalom z toru należy się szacunek. Wyjazd na tor nie zwalnia cię z myślenia” – wspomina „Bullet”.

 

Czerwcowy mecz (2004 rok) był pokazywany na żywo w szwedzkiej telewizji, więc reakcja Hamilla była gorąco komentowana. Szwedom nie spodobało się zachowanie Amerykanina. Morgan Andersson, menedżer Smederny, znalazł dobrego prawnika dla Billy’ego. Ake Brone miał przed sobą bardzo trudne zadanie. W Szwecji narastała fala niechęci wobec USA. Stany Zjednoczone były w stanie wojny z Irakiem, a Szwedom nie podobała się interwencja Amerykanów. „Mój prawnik wspaniale mnie bronił. Stanęliśmy przed sądem, zademonstrowano zapis wyścigu na video, a ja miałem opowiadać o tym co zrobiłem. Ake poinstruował mnie co mam mówić. Gdybym powiedział to co grało mi w sercu, byłbym w sporych tarapatach. Ukarano mnie grzywną w wysokości 1500 funtów (przeliczając ze szwedzkich koron) i zawieszeniem na 3 tygodnie. Bjarne nie poniósł żadnej kary. Nie odniósł kontuzji na skutek mojego ciosu. On natomiast naraził mnie i kolegę na poważne konsekwencje zdrowotne, bo przeprowadził brutalny atak. Bjarne powinien ponieść odpowiedzialność za swoją akcję. Niestety, sąd nie dopatrzył się niesportowego zachowania u Duńczyka. Nazwano to typową akcją na żużlowym torze. Oczywiście sąd nie miał pojęcia o czym mówi, popełnił spory błąd. Muszę uczciwie przyznać, że nie było takiego rozgłosu wokół mojej osoby po tym jak zdobyłem tytuł mistrza świata w 1996 roku. Awantura na torze w Eskilstunie odbiła się większym echem. W mediach porównywano mnie do George’a Busha. Mówiono, że podobnie jak Bush uważam, że przemoc jest właściwą metodą, aby zaspokajać rozpasane amerykańskie ego. Moje dzieci, Margaret i Kurtis, spotkały się z nieprzyjemnym traktowaniem w szwedzkiej szkole” – mówi Billy.

 

Hamill zauważa, że prawdziwe oblicze Szwecji zostało odsłonięte podczas zapowiedzi szwedzkiej rundy GP. W spotach TV reklamujących GP Szwecji wciąż dominuje scenka z Eskilstuny. „To żelazna pozycja w zajawce, która ma zachęcić ludzi do obejrzenia transmisji z GP w Malilli czy Goeteborgu. Co za przeklęta dwulicowość! Przecież dopuściłem się niegodnego czynu, przeprowadziłem atak na drugiego człowieka. A jednak jest to zachowanie, które należy pochwalać, choć sąd twierdził zgoła inaczej. Sąd kazał potępiać, a nie pochwalać. To zawsze mnie irytowało w Szwecji. Pokazują ten fragment do znudzenia, jakby była to kwintesencja speedwaya, a przecież wiadomo, że prawda jest inna” – głos Billy’ego wędruje równie wysoko jak kalifornijskie sekwoje.

 

W maju 2012 roku „Bullet” wrócił na żużlowy tor. Postanowił wesprzeć reprezentację USA, bo nie mógł słuchać jak młodzi chłopcy z żużlowej akademii pytają go ile pieniędzy dostaje się za występ w reprezentacji. „Za czasów mojej młodości, dałbym się pokroić, żeby jeździć w kadrze USA. Występ w reprezentacji to zaszczyt i powód do dumy. Wierzę w młodych ludzi, więc chcę im pokazać, że wraz z moim starym druhem Gregiem Hancockiem potrafimy jeszcze wykonać parę niezłych numerów na żużlowym motocyklu. Do zobaczenia w Ljubljanie na Pucharze Świata!” – mówił wówczas Billy Hamill.

 

Kalifornijskie słońce skryło się za horyzontem... Eksperyment z kadrą był połowicznym sukcesem, gdyż Billy zdołał obudzić w kilku chłopakach zew rywalizacji, ale część ekipy uznała, że szkoda metanolu, bo droga na szczyt żużlowej piramidy jest nazbyt wyboista. Kadrę przejął były znakomity żużlowiec – Lance King, brązowy medalista IMŚ’1984 z finału na Ullevi w Goeteborgu. W tymże samym 1984 roku King zajął drugie miejsce w prestiżowym turnieju Zlata Prilba Pardubice za plecami Anglika Johna Davisa, a tuż przed Czechosłowakiem Jirim Stanclem. Lance ścigał się dla Cradley Heath, Bradford Dukes i King’s Lynn Stars. Lance świetnie odnajduje się w roli menedżera kadry USA (11 maja w Manchesterze Amerykanie będą walczyć w eliminacjach Speedway of Nations z Wielką Brytanią, Australią, Francją, Finlandią, Danią i Łotwą). Trudno będzie Jankesom o awans do finałowej rozgrywki w rosyjskim Togliatti. „Bullet” sercem będzie z teamem USA, jednak jego umysł zaprzątają inne projekty.

 

Dżokej czy żużlowiec?

 

Jesienne liście, niczym październikowe kartki ze ściennego kalendarza z wolna opuszczały gałęzie drzew, park maszyn w Grodzie Kopernika tańczył w rytmie żużlowych decybeli, a Hamill był radosny jak skowronek. Jakby „Bullet” przed chwilą pobił rekord prędkości na słonym jeziorze… Kalifornijczyk z sentymentem przyglądał się jak Patryk „Duzers” Dudek i Jason Kevin „Doyley” Doyle szykują się do kolejnej fazy walki o mistrzostwo świata na żużlu. Hamill zna to uczucie, wszak w 1996 roku jako zawodnik klubu z Grudziądza w oszałamiającym stylu sięgnął po złoty medal Speedway Grand Prix. On, Billy Hamill, który zaczynał romansować z żużlowym motocyklem w wieku 13 lat na maleńkim torze w Indian Dunes, mając 26 lat został mistrzem świata… Preferował cztery koła zamiast dwóch nóg.

 

Mama Billy’ego trenowała dżokejów w USA, ale syn wybrał wersję mechaniczną. „Istnieją eksperci, którzy zalecają kontakt z motocyklem w wieku 4 lat, ale nie brakuje i takich, którzy uważają, że można zostać mistrzem świata rozpoczynając treningi w wieku 18 lat. Ja tkwię gdzieś pośrodku, gdyż liznąłem speedwaya mając 13 lat, choć patrząc z dzisiejszej perspektywy uważam, że im wcześniej nabędziesz umiejętności jazdy na motocyklu, tym lepiej dla twojej późniejszej kariery” – podkreśla Billy Hamill.

 

Spadła pożółkła kartka z kalendarza. Billy’ego w toruńskim parku maszyn radośnie przywitał Morgan Andersson – menedżer reprezentacji Szwecji. Zamyślony Hamill podkreślał, że odrabianie lekcji i naturalna pasja jest w stanie zaprowadzić cię na szczyty żużlowej piramidy. W debiutanckim roku występów na Wyspach (sezon 1990), Billy zdobył 226 punktów dla pogan (Heathens) z Cradley. Wówczas nie przypuszczał, że w przyszłości będzie reprezentował barwy największego wroga Cradley Heath – Wolverhampton Wolves. „Rywalizacja Cradley z Wilkami była świętą wojną, acz prowadzoną w atmosferze zdrowego brytyjskiego dystansu do sportu i życia. Wyzwalała emocje, które nie pozwalały zasnąć przez kilka kolejnych nocy. Jednak, jeżeli przylatujesz do Europy z USA i starannie odrabiasz lekcje, uczysz się budowy motocykla, pracujesz nad stylem jazdy, nie masz się czego obawiać: prawdziwa pasja zawsze wypłynie na wierzch… Dołóż wolę zwycięstwa i posiadasz wszystkie elementy, aby realizować marzenia” – twierdzi najlepszy żużlowiec świata w sezonie 1996.

 

Nie da się ukryć, że Billy Hamill trafił na fenomenalną generację zawodników, z którymi przyszło mu rywalizować o tytuł indywidualnego mistrza świata. Tony Rickardsson, Hans Nielsen, Greg Hancock, Jimmy Nilsen, Jason Crump, Mark Loram, Tomasz Gollob… Ikona polskiego żużla to wzór dbałości o każdy detal. Bydgoszczanin doskonale rozumiał mechaniczne zawiłości i specyfikę żużlowego motocykla, ale czy nadmiar wiedzy nie jest aby balastem w poszukiwaniu złotego środka? Plątanina twórczych myśli jest równie niebezpieczna jak brak lotnego umysłu, czyż nie tak…? „Myślę, że Tomasz Gollob był wyjątkowo pedantyczny w zakresie mechaniki. Dysponował gigantyczną wiedzą, jeśli chodzi o przygotowanie motocykla do zawodów. Potrafił zrobić użytek ze znajomości sprzętu. Taka wiedza to prawdziwy skarb i raczej pomaga niż przeszkadza w odnoszeniu sukcesów” – zauważył Billy.

 

Od lewej: Tomasz Gollob, Tony Rickardsson, Billy Hamill (fot. PAP).

 

Kenny Roberts a speedway

 

Hamill, człowiek o szerokich horyzontach, posiada wielu przyjaciół na motocyklowych salonach. Od wielu lat przyjaźni się z Amerykaninem Kennym Robertsem – mistrzem świata w wyścigach szosowych w klasie 500 centymetrów sześciennych w 1978, 1979 i 1980 roku. Kenny Roberts sponsorował Hamilla w okresie prosperity Billy’ego w cyklu Speedway GP. A jak Billy zareagował na tragiczną śmierć innego wybitnego amerykańskiego motocyklisty – Nicky’ego Haydena, mistrza świata Moto GP z 2006 roku? Nicky nazywany na padoku „The Kentucky Kid”, zmarł w niecodziennych okolicznościach. Uderzył go samochód na włoskiej szosie, gdy Hayden wybrał się na rowerową przejażdżkę… „Cóż, to wielka tragedia. Zginąć w taki sposób będąc mistrzem świata Moto GP to wprost nie do uwierzenia… Ta informacja była dla mnie gigantycznym szokiem. W takich chwilach wiele zależy od naszej wiary i filozofii życia. Pytanie czy poprzez wiarę jest nam łatwiej wytłumaczyć sobie taką tragedię? Smutne, że straciliśmy Nicky’ego, który odszedł w tak młodym wieku, ale pociesza nas to, że w sercach przyjaciół z kręgów sportów motorowych pozostanie zapamiętany jako dobry człowiek” – Billy wypowiedział te słowa z żalem w oczach, ale jednocześnie z nadzieją, że Nicky pozostawił po sobie skrawek dobroci i wlał mnóstwo pozytywnych emocji do życia tysięcy fanów motocyklizmu.

 

Speedway to wciąż ubogi krewny innych dyscyplin motocyklowych jak Moto GP, motocross, fmx czy supercross, ale Billy twierdzi, że żużel cieszy się uznaniem wśród legend innych sportów motorowych. „Gdy zdobyłem mistrzostwo świata w 1996 roku, zostałem zaproszony na galę FIM. Spotkałem wówczas Micka Doohana, Troya Corsera, Maxa Biaggi – prawdziwe legendy wyścigów szosowych i superbikes. Wyczułem ogromny respekt dla żużla i autentyczne zainteresowanie tym sportem. Zresztą, mistrzowie speedwaya darzą podobnym szacunkiem gwiazdy motocrossu, freestyle motocrossu, trialu czy enduro. Wydaje mi się, że w ostatniej dekadzie speedway zadbał o ekspozycję medialną. Skoro tacy mistrzowie jak Carl „Foggy” Fogarty i Mark Webber fascynują się żużlem, to odbieram ten fakt wyłącznie w kategoriach pozytywnych informacji” – podkreśla „Pocisk”. Hamill spogląda w przyszłość. Nie żyje przeszłością, nie ogląda po raz setny GP Danii w Vojens w 1996 roku na poczciwej kasecie VHS… „Szczerze? Archiwalia mnie nie interesują. Jeśli ktoś wspomni na moim profilu facebookowym, że właśnie mija okrągła rocznica zwycięstwa w Vojens, to wówczas owszem, obejrzę sobie finałowy wyścig, ale na tym poprzestanę. Nie lubię wracać do przeszłości. Zdecydowanie bardziej fascynuje mnie to, co czeka mnie na następnym wirażu” – uśmiecha się Kalifornijczyk.

 

Tai „Woffy” Woffinden, trzykrotny indywidualny mistrz świata, z pewnością nie obraziłby się, gdyby Billy Hamill wręczał mu puchar za zdobycie drugiego miejsca podczas GP w Toruniu 7 października 2017 roku. Pierwotny plan zakładał, że Billy będzie wręczał trofeum zawodnikowi, który zajmie drugą pozycję na MotoArenie. Ostatecznie odstąpiono od tego pomysłu. Billy ma ciekawsze zajęcia niż paradowanie wokół podium i notabli… „Wciąż bezgranicznie kocham speedway. Odwiedziłem Polskę, aby spotkać się z kibicami z Grudziądza, obejrzeć GP w Toruniu i rozeznać się w kwestii zakupu dmuchanych band. Bardzo pragnę zostać właścicielem obiektu żużlowego w Kalifornii. Nie chcę być promotorem, bo wówczas jestem zależny od właściciela stadionu, który niekoniecznie chciałby widzieć żużel w swoim portfolio. Nie wszyscy chcą zapełniać kalendarz imprez speedwayem… Żaden kalifornijski tor żużlowy nie posiada dmuchanych band, więc odwiedziłem Polskę, aby rozeznać się w tym temacie. Interesuje mnie kupno dmuchanych band i ich instalacja w USA. Mam na oku obiekt w Kalifornii, który obecnie nie jest używany do speedwaya. To pięknie położony tor, ale nie mogę zdradzić jego lokalizacji, bo to tajemnica biznesowa. Rozumiesz, Tomasz, nie chcę, aby ktoś mi go sprzątnął sprzed nosa!” – Billy rozkosznie się uśmiechnął.

 

Gdy już Billy zostanie właścicielem tego zagadkowego toru owianego sekretnymi danymi, wówczas pełną parą ruszy akademia żużlowych talentów. „Jeśli mam poważnie myśleć o promocji własnego toru, muszę uruchomić program rozwoju młodych żużlowych talentów. Mam spore doświadczenie w tej materii, bo wiem, jak tworzyć szkółkę z prawdziwego zdarzenia. Interesuje mnie praca od podstaw. Kilka lat temu uruchomiłem program rozwoju brzdąców i inicjatywa cieszyła się sporym zainteresowaniem. Przechowuję w głowie plan biznesowy, ale poczekam aż nabędę prawa do upatrzonego obiektu. Gdy będę panem na włościach, będę mógł swobodniej organizować zajęcia związane ze szlifowaniem młodych żużlowych talentów” – raduje się Billy.

 

Mike The Bike czy Darcy Ward?

 

Biznes biznesem, ale Billy udowadnia, że posiada serce we właściwym miejscu. Leigh Adams, były numer 2 na świecie (sezon 2007), dziękował Hamillowi za nieocenioną pomoc w trakcie rehabilitacji po feralnym wypadku jakiego Australijczyk doznał podczas treningu przed wyścigiem „Finke Desert Race”. Dziesięciokrotny indywidualny mistrz Australii wciąż porusza się na wózku inwalidzkim, ale wychowuje żużlową młodzież i poprzez to szlachetne zajęcie dostrzegł radość życia.

 

„Leigh skorzystał z ciekawego przedsięwzięcia jakim był „Project walk”. Mieszkam w Carlsbad w Kalifornii, a fachowcy od rehabilitacji po urazach kręgosłupa zaplanowali, że właśnie w Carlsbad zorganizują sympozjum i uruchomią centrum, w którym będą leczeni kontuzjowani sportowcy. Pragnę pomóc Leigh najlepiej jak potrafię, bo nic mnie tak nie smuci jak widok kolegi z toru poruszającego się na wózku inwalidzkim. To naturalne, że chciałem pomóc Leigh. Jeśli pamięć mnie nie myli, Leigh spędził ponad miesiąc w Carlsbad i był poddany rehabilitacji, po której pojawiły się symptomy poprawy” – stwierdził dobry kolega z toru... Fenomenalny brytyjski żużlowiec o pseudonimie „Mike The Bike”, czyli Michael Lee, został indywidualnym mistrzem świata w 1980 roku na Ullevi w Goeteborgu. Wówczas Michael Lee stracił zaledwie jeden punkt z rodakiem Dave’m Jessupem… Był piekielnie utalentowanym żużlowcem obdarzonym naturalną smykałką do jazdy na motocyklu. Czy zdaniem Hamilla, Darcy Ward był ulepiony z tej samej gliny co Michael Lee i dysponował zbliżoną skalą talentu? „Nie włóczyłem się po torach, kiedy „Mike The Bike” był w szczytowej formie, więc trudno ocenić mi skalę talentu Brytyjczyka, ale z pełną świadomością uważam, że Darcy był gigantycznym talentem. Ward był czysty jak łza, wszystko przychodziło mu naturalnie. Otrzymał w kołysce dar jazdy na motocyklu żużlowym. To wielki dramat, że Darcy już nie będzie się ścigał, ale takie jest życie. Musimy walczyć o to, aby Darcy był wśród nas. Jeszcze nie raz i nie dwa będzie potrzebował wsparcia środowiska żużlowego, a my musimy uczynić wszystko co w naszej mocy, aby mu pomóc” – uważa Billy Hamill.

 

Po głowie przechadza mi się bodaj jeden z najpiękniejszych cytatów dobrego przyjaciela Billy’ego – Grega Hancocka. „Największą nagrodą dla emerytowanego żużlowca jest telefon od byłych rywali z toru”. Czy to motto, które powinno przyświecać każdemu adeptowi speedwaya czy jest zarezerwowane tylko dla kowbojów z Teamu Exide? „Odbieram sporo telefonów od kolegów z żużlowego toru. Utrzymuję kontakt ze wspaniałymi ludźmi, którzy pomogli mi zrealizować moje marzenia i sprawili, że plan ścigania się na żużlu wypalił. Wydaje mi się, że wypowiadając te słowa, Greg miał na myśli zwyczajny realizm życia. Chciał podkreślić, że ludzi, których mijamy w drodze na szczyt, będziemy spotykać schodząc z wierzchołka. A zatem skoro dzwonią do ciebie, gdy odwiesiłeś laczek na półce, to oznacza, że nie zmarnowałeś życia i byłeś porządnym gościem” – spogląda z refleksją Billy. Racja, Billy. Joe Hughes, twój brytyjski przyjaciel, który wielokrotnie cię wspierał, nie mógł zrozumieć ludzi, którzy ścigając się na żużlu, nie posiadali przyjaciół w parku maszyn…

 

Billy Hamill i Greg Hancock (fot. PAP).