Dla badmintonistów All England jest tym samym, czym dla tenisistów Wimbledon. Prestiż, tradycja, a dla zwycięzców pewne miejsce w historii. To przy tym jeden z najwyżej punktowanych turniejów w cyklu World Tour, tzw. Super 1000, z pulą nagród w wysokości miliona dolarów.

 

Mierzący 183 cm Hendra Setiawan jest jednym z najbardziej utytułowanych badmintonistów. Trzykrotny mistrz świata w deblu, złoty medalista olimpijski, dwukrotny zwycięzca Igrzysk Azjatyckich i triumfator kilkudziesięciu znaczących turniejów. Badmintonista spełniony, wygrywał z różnymi partnerami, nie tylko z Ahsanem.

 

Trzy lata młodszy i sporo niższy Ahsan sukcesów na niewiele mniej, brakuje mu tylko medalu olimpijskiego. W Rio de Janeiro ponieśli z Setiawanem bolesną porażkę i wydawało się, że to już koniec ich pięknej kariery. Ale po kilkuletniej separacji postanowili spróbować jeszcze raz i powalczyć o prawo gry na igrzyskach w Tokio. Problem w tym, że Indonezja ma dwie znakomite pary deblowe i nie ma żadnej pewności, że Ahsan z Setiawanem zdobędą prawo gry w olimpijskim turnieju.

 

Ale to oni, a nie inni, znacznie wyżej dziś notowani rywale odebrali piękne patery dla zwycięzców kolejnej edycji Yonex All Enland Open. Kiedy w półfinale 34 letni Hendra Setiawan doznał kontuzji łydki wydawało się, że nie dokończą rywalizacji z japońskimi wicemistrzami świata, Keigo Sonodą i Takeshi Kamurą. A jednak dali radę, Setiawan zacisnął zęby i dalej robił swoje. Indonezyjczycy wygrali półfinał w dwóch setach, a w finale pokonali kilkanaście lat młodszych Malezyjczykóaw, Aarona Chię i Soh Wooi Yika w trzech setach, choć pierwszego przegrali 11:21 i wszystko wskazywało , że tym razem zejdą z boiska pokonani. Lecz i tym razem dali radę wprawiając wszystkich w osłupienie. W ponad stuletniej historii All England nie było chyba przypadku, by ktoś tak jak Setiawan grając na jednej wygrał ten turniej. Oczywiście bez znakomitego i ofiarnego Ahsana by tego nie dokonał, ale to jego trzeba podziwiać szczególnie.

 

Trzy z pięciu finałów wygrali w Birmingham Chińczycy, a po zwycięstwo w singlu panów sięgnął główny faworyt, Kento Momota. 24 letni, aktualny mistrz świata jest pierwszym Japończykiem, który tego dokonał choć trzeba przyznać, że jedyny przedstawiciel Europy w finałach, Duńczyk Viktor Axelsen, mistrz świata z 2017 roku walczył dzielnie, by przegrać dopiero w trzech setach.

 

Z chińskich zwycięzców wszyscy powinni walczyć o olimpijski medale w Tokio. Mają niewiele ponad 20 lat, złote medale mistrzostw świata juniorów na koncie oraz spektakularne sukcesy w dorosłym badmintonie. Szczególnie mikst, Zheng Siwei i jego partnerka, najstarsza w tym gronie, 25 letnia Huang Yaqiong, która dwa lata temu z Lu Kaiem wygrała ten turniej, by przed rokiem już z Zhengiem Siwei przegrać finał All England z Japończykami. Teraz przyszedł czas na słodki rewanż.

 

A jak się musiała czuć 21 letnia Chen Yufei, która wcześniej przegrała wszystkie 11 meczów z Tai Tzu Ying z Tajwanu, numerem 1 światowego rankingu w grze pojedynczej pań. W Birmingham Chen Yufei pokazała, że niemożliwe jest możliwe i odwróciła bieg historii.

 

Podobnie chińskie deblistki, Chen Quingchen i Jia Yifai, mistrzynie świata z 2017 roku, które pokazały, że niepokonane od dłuższego czasu japońskie deble można pokonać. W finale udowodniły to aktualnym mistrzyniom świata, Wakanie Nagaharze i Mayu Matsumoto, a w półfinale ich rodaczkom, podwójnym wicemistrzyniom świata i liderkom światowego rankingu, Yuki Fukushimie i Sayace Hirocie.

 

W sierpniu w Bazylei kolejne MŚ, a za rok igrzyska w Tokio. Zobaczymy, czy tam Chinki będą równie skuteczne.

 

Najważniejsze, że po raz pierwszy w historii półfinałowe i finałowe mecze All England Open można było obejrzeć w polskiej telewizji, dzięki Polsatowi. I myślę, że było warto, bo poziom emocji i kunszt sportowy był kosmiczny. Szkoda tylko, że zabrakło w Birmingham Polaków, niestety czasy Roberta Mateusiaka, który jak sam policzył grał w tym turnieju najczęściej z naszych badmintonistów, czy to w deblu z Michałem Łogoszem, czy w mikście z Nadieżdą Ziębą, należą do przeszłości. Można mieć jedynie nadzieję, że kiedyś wrócą.