Przemysław Iwańczyk: Jak bardzo zmienia się samopoczucie właściciela klubu, który w ciągu zaledwie kilku dni ma najpierw siedem, a później zaledwie dwa punkty straty do uciekającego lidera?


Dariusz Mioduski: Czuję, że idzie wiosna. Będzie tych punktów plus kilka i wszyscy będziemy mogli poczuć się wiele lepiej. Koniec końców wyniki są najważniejsze, choć jako właściciel bronię się przed tym, by w ten sposób nie patrzeć na klub, tylko długoterminowo. Dobre wyniki dają większy spokój, pozwalają realizować inne plany. Każdy pracownik klubu żyje tym, jak spisuje się pierwszy zespół. Przed nami długa droga.


Zwątpił Pan kiedykolwiek w projekt pod egidą Ricardo Sa Pinto?


- Nie. Mieliśmy oczywiście trudniejszy moment wychodząc z okresu przygotowawczego, a ten wyglądał bardzo dobrze. Nagle po pierwszym wygranym meczu, gdzie można się było do nas przyczepić, nadeszły dwie porażki, które spowodowały, że nie było łatwo. Wtedy nadchodzą pytania, często kwestionujące to, co zrobiliśmy, czy aby poszliśmy właściwą drogą. Ani my, ani nasi kibice nie są przyzwyczajeni do dwóch porażek z rzędu. Wtedy jest czas, by popatrzeć na wszystko od strony fundamentalnej. Przekonać się, czy idziemy dobrą drogą. Pomimo otoczki i pewnych problemów wierzyłem, że z nich wyjdziemy. Wychodzimy. Co będzie dalej, zobaczymy.


Jakie znaczenie miała Pana rozmowa z Ricardo Sa Pinto i czy rzeczywiście była aż tak burzliwa?


- Z Ricardo prowadzimy rozmowy dość często. Ta akurat była nieco inna, bo sytuacja była mniej optymistyczna. Musieliśmy wgłębić się w zrozumienie powodów kryzysu. To, że ta rozmowa była trudniejsza, narosło wiele rzeczy wokół boiska, wokół Ricardo. Trzeba było wyjaśnić, pomóc zrozumieć obu stronom pewne rzeczy, by dodatkowo negatywnie nie wpływały one na całą atmosferę wokół klubu. Ta rozmowa była inna, bo nie dotyczyła kwestii tylko sportowych, ale była normalna, merytoryczna, wyjaśniająca. Przyniosła dobry skutek.


Czego oczekuje Pan od Sa Pinto, a czego oczekuje on od Pana?


- Wydaje mi się, że Ricardo oczekuje tego, czego każdy trener, który chce osiągać duże sukcesy. To jest pełnego wsparcia, środowiska, umożliwiającego mu pracę na miarę wysokich aspiracji. Pewne obszary Ricardo podnosi jako problematyczne i liczy, że tam dostanie wsparcie. Ogólnie rzecz biorąc się z nim zgadzam, ale są pewne kwestie pozaboiskowe, które być może są źle zrozumiane przez obie strony ze względu na różnice kulturowe, doświadczeń, itd. To normalne, kiedy przyjeżdża ktoś z zagranicy. Czy to piłka, czy inna firma. Osoba taka potrzebuje czasu, by zrozumieć, jak jest w Polsce. To jest aklimatyzacja, umiejętność przystosowania, ten proces u Ricardo wciąż trwa, a moją rolą jest pomóc mu w tym. O tym rozmawialiśmy.


Z mojego punktu widzenia oczekuję, że Ricardo daje z siebie wszystko, jednocześnie rozumie otoczenie, na końcu robi wszystko, by osiągnąć cele, jakie sobie postawiliśmy. Z kadrą, którą mamy, trzeba tak dostosować grę, by osiągać sukcesy. Z klimatem, jaki mamy, boiskami, jakie mamy, zapleczem treningowym, jakie mamy, itd. Musimy sobie właśnie w takich warunkach radzić, bo w takich radzą sobie wszyscy inni w Polsce. Nie ma cudów, by z dnia na dzień to wszystko zmienić.


Wyłączając kwestie relacji międzyludzkich, to jest trener, który gwarantuje wynik w najwyższym stopniu spośród wszystkich, którzy pracowali od momentu, kiedy kieruje Pan klubem?


- Na pewno jest to jeden z trenerów, którzy z punktu widzenia boiska, treningu, przygotowania boiskowego jest jednym z lepszych, jakich mieliśmy za moich czasów. A mieliśmy ich sporo. Wierzę w jego metody, widzę, jak duży progres zrobiliśmy od strony piłkarskiej.

O relacjach międzyludzkich z trenerem Sa Pinto, o środowym meczu Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, a także o zawodnikach, którzy mogą zostać sprzedani latem posłuchasz w pliku audio.