Niestety, walka o ostateczne zwycięstwo tym razem rozegra się bez udziału Polaka. Ubiegłoroczny triumfator, Kamil Stoch zajmuje szóste miejsce z ogromną stratą 132,8 pkt do prowadzącego Stefana Krafta. Do trzeciego Johanssona traci niewiele mniej (117,6 pkt), ale walczy jeszcze o małą Kryształową Kulę przeznaczoną dla najlepszego w klasyfikacji lotów.

 

Do końca rywalizacji o to trofeum, którego nie zdobył jeszcze żaden polski skoczek, zostały trzy konkursy, niedzielny w Vikersund i za tydzień jeszcze dwa w Planicy. Myślę, że Stoch skoncentruje się już tylko na tym celu, choć z pewnością nie odpuści też obu konkursów drużynowych, w Vikersund i Planicy.

 

Ale zdobyć Kryształową Kulę za loty łatwo nie będzie, bo rywale, szczególnie Kraft i Kobayashi są w znakomitej formie, a Norwegowie wiadomo, są urodzonymi lotnikami. Rok temu cała ich trójka: Johansson, Andreas Stjernen i Daniel Andre Tande, w takiej właśnie kolejności stała na podium w Vikersund, w wielkim stylu wygrali też konkurs drużynowy mając jeszcze w składzie Johanna Andre Forfanga.

 

Teraz zabraknie Stjernena, który w czwartek w Trondheim zakończył karierę, zajmując drugie miejsce za Ryoyu Kobayashim. W jednym z wywiadów powiedział, że wypadek, któremu uległ 9 lutego w Lahti w serii próbnej przed konkursem drużynowym odebrał mu ochotę do skakania i uświadomił skalę ryzyka, która jest przecież codziennością w tym sporcie.

 

Nie będzie też Daniela Andre Tande, który wtedy też miał upadek i z powodu kontuzji musiał się wycofać z rywalizacji już do końca sezonu, ale w odróżnieniu od Stjernena przejścia na emeryturę nie zapowiedział. Gospodarzom zostanie więc kibicować Johanssonowi w jego walce o główną nagrodę w Raw Air, oraz Forfangowi i młodym wilkom, takim jak Thomas Markeng i Marius Lindvik.

 

Zrozumiałe, że tym razem oczy norweskich fanów skoków skierowane będą w największym stopniu na najsłynniejszego skaczącego wąsacza, jakim bez wątpienia jest Robert Johansson. Jeszcze w środę przed prologiem (kwalifikacjami) w Trondheim był liderem Raw Air, a dziś już jest trzeci ze stratą 15,2 pkt do Krafta i 5,7 pkt do drugiego Japończyka.

 

W Trondheim najpierw stracił pierwsze miejsce na rzecz Krafta, a dzień później w konkursie spadł na trzecie miejsce wyprzedzony przez Ryoyu Kobayashiego, który dwukrotnie skoczył ponad 140 metrów (141 i 141,5). Johansson teraz zamiast uciekać musi ich gonić. Czy dogoni?

 

Przed rokiem dwukrotnie stał w Vikersund na najwyższym stopniu podium (indywidualnie i drużynowo), w 2017 roku też był w zespole, który wygrał przed Polską i Austrią. Tacy jak Johansson latanie mają we krwi, więc wszystko jeszcze możliwe. 18 marca 2017 roku poleciał tam 252 metry i jest to trzeci wynik w historii na tym mamucie. Ale w tym samym konkursie Stefan Kraft ustanowił nie pobity do dziś nieoficjalny rekord świata w długości lotu narciarskiego – 253,5 m.

 

Warto jeszcze przypomnieć, że w 2015 roku pół metra dalej pofrunął w Vikersund blisko 40 letni dziś Rosjanin Dmitrij Wasiliew, ale podparł lądowanie i rekord nie mógł być uznany.

 

Wydawać by się mogło, że w ten weekend nikt się już nie powinien wtrącić w rywalizację Krafta z Johanssonem, ale widać wyraźnie że Ryoyu Kobayashi ma inne zdanie. Najlepszy skoczek tego sezonu (24 marca odbierze w Planicy Kryształową Kulę za zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata) ma chrapkę na 60 tysięcy euro za Raw Air i jeszcze na małą Kryształową Kulę za loty. I te łupy również są w zasięgu młodego Japończyka.

 

I niech nikogo nie zmylą jego wyniki w Vikersund w ubiegłym roku. Zajął wtedy 22 miejsce za loty na odległość 203,5 i 202 m. Johansson lądował kilkadziesiąt metrów dalej, uzyskał odpowiednio 232 i 246 m.

 

Ale w tym sezonie to już zupełnie inny Ryoyu Kobayashi, nie ma przed nim rzeczy niemożliwych. Wygrał przecież drugi konkurs na mamucie w Oberstdorfie, a w klasyfikacji najlepszych „lotników” jest szósty (147 pkt), zaledwie dwa punkty za Dawidem Kubackim i Słoweńcem Timi Zajcem, i 11 pkt przed siódmym Kraftem.

 

Liderem jest Stoch (185 pkt) przed Marcusem Eisenbichlerem (166 pkt) i Piotrem Żyłą (150 pkt), a to oznacza, że już w Vikersund obraz tej rywalizacji może ulec radykalnej zmianie.