Pindera: Zamach na prezesa

Sporty walki
Pindera: Zamach na prezesa
fot. PAP

Polski boks olimpijski od lat nie ma sukcesów, nękają go problemy finansowe, ale to nie zniechęca działaczy, których nęci władza i stanowisko prezesa.

Po igrzyskach w Rio de Janeiro, które przyniosły kolejne porażki polskiemu pięściarstwu w jego olimpijskim wydaniu, odszedł poprzedni sternik zastąpiony obecnym, Leszkiem Piotrowskim, cenionym przed laty trenerem żeńskiej kadry.
Nie da się niestety ukryć, że jest jeszcze gorzej, niż było, choć za poprzednich władz też nie zrobiono wiele, by skierować tę dyscyplinę z wielkimi tradycjami w naszym kraju, na właściwe tory.

Od tego czasu kilkakrotnie zmieniano już reprezentacyjnych trenerów, ale na sukcesy wciąż trudno liczyć. Króluje bałagan i walka o władze. Na razie urzędujący prezes skutecznie odpiera zamachy. Ostatnio pogroził nawet palcem tym, którzy jeszcze nie tak dawno szli z nim ramię w ramię, wygrywając wybory, a teraz knują i starają się zrzucić go ze stołka.
Prezes wydał nawet oświadczenie, w którym wymienia z imienia i nazwiska tych, którzy próbują go obalić. Chodzi o trzech byłych już wiceprezesów, którzy zrezygnowali ze stanowisk i zdaniem Piotrowskiego wywierają teraz na niego nacisk, by on też ustąpił.

Zdaniem prezesa jest to forma niedozwolonego, bezprawnego, psychicznego nacisku, któremu nie zamierza się jednak poddać. W oświadczeniu podkreśla, że za swoją pracę nie pobiera wynagrodzenia i przypomina trenerskie osiągnięcia. I ostrzega, że nie zmieni swojej polityki finansowej, dalej będą oszczędności.

Ja ze swojej strony chciałem tylko przypomnieć, że igrzyska olimpijskie w Tokio zbliżają się wielkimi krokami. A jeszcze w tym roku II Igrzyska Europejskie, Mistrzostwa Europy i MŚ. Wciąż nie wiemy natomiast jakie będą zasady kwalifikacji olimpijskich i czy turniej w Tokio dojdzie do skutku. Wiemy tylko, że AIBA szeroko otwiera drzwi dla przedstawicieli innych sportów walki, ale decyzje w tych i innych sprawach pozostawia narodowym związkom.

Warto taką szansę wykorzystać, ale nie zrobią tego słabe, wewnętrznie skłócone federacje, a taką jest Polski Związek Bokserski. Myślę, że najwyższy czas, by przyjrzały się temu władze polskiego sportu, bo za chwilę może być za późno.
W takiej atmosferze o zażegnaniu kryzysu, w jakim od lat jest polski boks olimpijski, nie można nawet marzyć. Z zakończonych w minioną niedzielę mistrzostw Europy do lat 22 nasze panie wracają z medalami, ale mężczyźni na tarczy. Poleciało ich tam pięciu, dwóch awansowało wprawdzie do ćwierćfinałów i na tym się skończyło. Najgorsze w tym wszystkim, że nikogo to już nie dziwi.

A oceniając występ naszych pań, trzeba koniecznie nadmienić, że srebrna medalistka wagi półciężkiej (nieolimpijskiej), Aleksandra Smuklerz, nie wygrała żadnej walki. Dzięki losowaniu awansowała do finału, gdzie przegrała z Rosjanką. W finale z przedstawicielką gospodarzy przegrała też Agata Kaczmarska w wadze średniej, ale wcześniej wygrała dwa pojedynki. Trzecia z Polek, Natalia Marczykowska (69 kg), odpadła z turnieju po pierwszej porażce. A przecież w ubiegłym roku, w poprzedniej edycji tej imprezy, została młodzieżową wicemistrzynią Europy.

W kontekście tegorocznych, prestiżowych imprez (Igrzysk Europejskich i mistrzostw świata) występ podopiecznych Karoliny Michalczuk we Władykaukazie niczego nie gwarantuje, trzeba o tym pamiętać. Warto, by prezes i działacze o tym pamiętali i koncentrowali się na problemach sportowych, a nie na tym, czy kolejny zamach na związkową władzę się powiedzie.

Janusz Pindera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze