Dyrektywa wyszła we wtorek, będąc dla większości klubów wielkim zaskoczeniem. Według Ronalda Renga, znakomitego niemieckiego dziennikarza i autora książek futbolowych, także osiem kolejnych krajów i federacji związkowych (jest ich w sumie 16) przystąpi do projektu, co doprowadzi do wielkiej rewolucji w niemieckiej piłce.

 

A zmiany są naprawdę kluczowe i mają na celu, by dzieci miały jak najczęściej piłkę przy nodze. Od kategorii U6 do kategorii U9 mecze będą odbywać się w systemie trzech na trzech bez bramkarzy. Boisko ma mieć od 25 do 30 m długości i od 20 do 25 m szerokości. Na boisku będą ustawione cztery minibramki, co praktykuje się obecnie tylko w treningach. Kategoria U10 będzie rywalizować w formule pięciu na pięciu z bramkarzem stojącym w bramce do piłki ręcznej, zmieniającym się po każdym meczu. Chodzi o to, by na tym etapie wykluczyć wąską specjalizację. Zawodnicy od najmłodszych lat mają zmieniać się rotacyjnie. w ligach w kategoriach wiekowych do U10 drużyny brać będą udział w festiwalach gier. Chodzi o to, by wszyscy grali. Dopiero od kategorii U11 drużyny przystąpią do rozgrywek ligowych, a w bramce staną zawodnicy chcący rozwijać się w tej dziedzinie.

 

Florian Weissmann, zajmujący się szkoleniem młodzieży w BFV, uważa, że należy dokonywać fundamentalnych zmian zwłaszcza w najmłodszych kategoriach wiekowych. Opiera się przy tym na statystyce. W samej Bawarii zarejestrowanych jest 176,5 tys. dzieciaków, podczas gdy na poziomie U11 zostaje ich 38 tys., a do kategorii U19 zostaje jedynie 19,6 tys. osób.

 

Ale to nie jedyny argument za reformą. Dzieciaki stojące od najmłodszych lat na bramce właściwie nie uczestniczą w grze. Najczęściej dokonują takich wyborów nieświadomie, z czasem – kiedy zmieniają decyzję - trudniej im wejść w pole, bo rówieśnicy „odjeżdżają” z umiejętnościami. Chodzi też o to, by przyszli bramkarze umieli grać nogami, idąc za wzorcem Manuela Neuera.

 

Zdaniem Weissmanna odejście od rywalizacji w ligach spowoduje, że każdy dostanie szansę gry. Obecnie w trenerach zwycięża pokusa, by grali najlepsi, a reszta stoi i przygląda się zza linii bocznej.

 

Kluby są nieco zaskoczone, bo to pociąga za sobą niemałe inwestycje. Trzeba kupić nowe bramki, gdzie każda kosztuje około 50 euro, do tego kluby muszą kupić nowe piłki, ponieważ BFV chce zmieniać ich rozmiar w zależności od kategorii wiekowej (takie wytyczne obowiązują w Polsce). Największymi piłkami w rozmiarze 5, będzie można grać dopiero od kategorii U12.

 

Niektóre kluby w ogóle nie czekają na wytyczne, tylko idą własną drogą, jak się okazuje – patrząc na liczbę wychowanków – w słusznym kierunku. W niedawnym wywiadzie dla Polsatsport.pl Karl Rotter, jeden z ważniejszych trenerów Eintrachtu Frankfurt mówił: „Mamy swoją filozofię. Jeśli chcesz być w naszej akademii i zrobić w przyszłości karierę, musisz być szybki, mieć dobrą technikę, umiejętność gry jeden na jeden oraz musisz grać z głową. Każdy z tych aspektów realizujemy w każdym naszym treningu. Oczywiście, nie pozostajemy głusi na nowe rzeczy. Ostatnio zmieniliśmy nieco jedną rzecz za sprawą nowego dyrektora naszej akademii Marco Pezzaiuoliego [były członek sztabu niemieckich reprezentacji młodzieżowych, asystent Ralfa Rangnicka – red.]. Wszystkie gry treningowe rozgrywamy w systemie czterech na czterech. Dzięki temu chłopcy mają więcej kontaktów z piłką, w jeszcze większym stopniu poprawiają się indywidualnie”.

 

Fundamentalne zmiany w Niemczech mają też swoje minusy. Mogą bowiem doprowadzić do sytuacji, że kluby zaczną podnosić opłatę członkowską. Obecnie w Niemczech największe akademie w ogóle nie pobierają żadnych opłat, mniejsze ośrodki zbierają od rodziców po 50-60 euro rocznie. Dzięki temu niemal każdą rodzinę stać było dotąd na zajęcia z piłki. Teraz, po podniesieniu opłat, może być z tym różnie.

 

Tu warto odnieść się do tego, co mamy w Polsce. W Warszawie są prywatne ośrodki szkoleniowe, gdzie ani infrastruktura, ani kompetencje trenerów nie sięgają standardów zachodnich, a w których płaci się około 60 euro… miesięcznie.

 

Do zmian proponowanych przez BFV odniósł się Ronald Reng, ceniony dziennikarz, autor książek piłkarskich, zajmujący się tematyką szkolenia. Jego zdaniem od następnego sezonu do Bawarii dołączy w zmianach osiem innych landów. Uważa on, że to świetny impuls i podaje kilka innych propozycji, na podstawie serek obejrzanych meczów młodych piłkarzy, a także rozmów z ich trenerami.

 

Jego zdaniem kluczem jest wyznaczenie ścisłej specjalizacji dla trenerów młodzieży. Tacy oczywiście pracują, ale w najstarszych kategoriach od U17 wzwyż. W większości przypadków za szkolenie zabierają się byli bądź jeszcze czynni piłkarze, którzy nie do końca są do tego przygotowani.

 

Osobną kwestią są finanse. Trenerzy U19 zarabiają około 4 tys. euro i więcej, podczas gdy dla szkoleniowców w młodszych kategoriach jest to symboliczna zapłata między 300 a 500 euro.

 

Jakże fałszywy jest więc obraz, jaki mamy w Polsce, że na Zachodzie od początku zarabia się wiele. Sam niedawno rozmawiałem z trenerami z Dolnej Saksonii, którzy dostają w dużej akademii około 500 euro oraz wejściówkę na mecze pierwszego zespołu. Kiedy usłyszeli, że w polskich prominentnych akademiach można zarobić nawet 1000 euro, robili szerokie oczy.

 

Reng zwraca także uwagę na zbyt wczesny skauting dotyczący całych Niemiec. Jego zdaniem kluby w większym stopniu koncentrują się na podbieraniu sobie najzdolniejszych niż na ich szkoleniu. I podane przykłady, gdzie 14-latki zmieniają Frankfurt na Wolfsburg, a później Wolfsburg na Lipsk w bardzo krótkim czasie. Odwołuje się przy tym do przykładu Athletic Bilbao, którego aż 90 proc. wychowanków pochodzi i mieszka godzinę jazdy do ośrodka.

 

Dziennikarz apeluje również o to, by dać młodzieży więcej czasu i cierpliwości. Wiele talentów odrzuca się zbyt szybko zamiast czekać do ich pełnego rozwoju.

 

Czyli podobnie jak w Polsce…