Vukovic przejmuje drużynę po raz drugi w tym sezonie. Wcześniej zaraz po wyrzuceniu Deana Klafurica przegrał z Dudelange, zremisował z Lechią i wygrał z Piastem. Teraz ma być dłużej, bo do końca sezonu, a pomagać mu będzie inna charyzmatyczna postać związana z Legią. Wcale jednak nie wykluczone, że w przypadku jakiejś kolejnej dotkliwej porażki właściciel Legii znajdzie innego trenera. Tym samym doszłoby w klubie do piątej zmiany na stanowisku trenera w ciągu roku, a już obecna liczba zmian zbliżyła się do granicy absurdu. 
 
Dariusz Mioduski wciąż się miota. A to bierze na trenera eksperta od młodzieży (Jozak), a to od futbolu kobiecego (Klafurić), a to od robienia dobrej atmosfery (Vukovic), a to od gnębienia zawodników (Sa Pinto). Ten ostatni przynajmniej miał jako takie trenerskie referencje, choć od razu było jasne, że to tykająca bomba. Wystarczyło zajrzeć w jego statystyki, przeanalizować długość pracy w poszczególnych miejscach, zasięgnąć opinii dziennikarzy czy zawodników wcześniej z nim pracujących, żeby mieć pewność, że to się skończy szybko i prawdopodobnie źle. 
 
Pinto był w Legii krótko, ale zdążył zrazić do siebie i poobrażać wszystkich. Od zawodników poprzez trenerów rywali, sędziów, czy dziennikarzy. Poniżał współpracowników, po chamsku zachowywał się także wobec kobiet, nie miał żadnego szacunku dla swojego miejsca pracy i kraju, w którym zarabiał gigantyczne jak na nasze warunki pieniądze. Śmiało można zaryzykować tezę, że Mioduskiemu udało się zatrudnić najbardziej antypatycznego trenera w ostatniej dekadzie. Pomijając jego zachowanie i sposób bycia, trenera co najwyżej przeciętnego. Nie dał rady Luksemburczykom w rewanżu Ligi Europy, dostał łomot w Pucharze Polski od pierwszoligowego Rakowa Częstochowa, a w lidze uległ m.in. bankrutowi z Krakowa i tuż przed końcem rozgrywek traci do lidera pięć punktów.
 
No, ale szef Legii wyraźnie chce sprawiać wrażenie piłkarskiego wizjonera. Podejmuje mnóstwo decyzji nieoczywistych, żeby nie powiedzieć dosadniej: absurdalnych. Pal licho już jego deklaracje medialne (zupełnie niedawno przekonywał, że Legia pod wodzą Portugalczyka zrobiła gigantyczny postęp). Może na takich stanowiskach, jest jak w polityce i też mówi się co innego, a co innego się robi. Mogłaby jednak klarować się przy tych wszystkich wygibasach, jakaś programowa linia. A tej po prostu nie ma.
 
Aż trudno uwierzyć, że człowiek mający tak duże sukcesy w biznesie, aż tak bardzo pokpił sprawę po wejściu na nieznany przez siebie grunt. Można oczywiście pomylić się raz czy drugi, ale później wypadałoby otoczyć się sensownymi doradcami, którzy jakoś próbowaliby to ułożyć. Albo zwyczajnie skorzystać z istniejącej w klubie struktury, skautingu, dyrektora sportowego itd. A jakby prezes nie mydlił oczu, tłumacząc, że kolejni nowi gracze byli od dawna obserwowani i przymierzani do Legii, to wyglądało tak, że przychodził trener z  Bałkanów i ciągnął za sobą swój zastęp, a później przyszedł Portugalczyk i wziął swoich. I żadnej w tym innej logiki nie było.
 
Mówiąc wprost, panowie trenerzy wciskali prezesowi swój towar, a ten ochoczo godził się na te wynalazki.
 
Niestety, wydaje się, że pomysł z Vukovicem i Saganowskim idealnie wpisuje się w ten dotychczasowy styl działania. Czyli: „A może tym razem spróbujemy czegoś takiego, a może się jakoś uda?” Dobrze, że przynajmniej prezes nie ogłaszał, że szykował tę dwójkę od lat i że teraz to już są trenerzy na lata. Bo i tak by nikt nie uwierzył.
 
Bardzo szanuję Aleksandara i Marka, obaj są znakomitymi ludźmi, przesympatycznymi, otwartymi, z charakterem, oddanymi swojej robocie. Ale może lepiej byłoby, aby zdobyli trochę doświadczenia gdzieś poza Legią, osiągnęli jakiś minimalny choćby sukces, nabrali dystansu i wrócili. Bo prawdopodobieństwo, że zostali właśnie wsadzeni na minę jest olbrzymie. Przecież jeśli nie dogonią tej Lechii, a Legia nie będzie grała wiele lepiej to przepadną. A będą odpowiadać za nieswoje błędy.
 
Nadzieją dla nich jest sfera mentalna graczy Legii. Nie ma wątpliwości, że w olbrzymiej większości szczerze nie znosili oni Portugalczyka i pewnie w jakiś sposób przyczynili się do jego zwolnienia (nie dowiemy się czy było to celowe działanie czy pośrednie), a teraz kamień spadł im z serca i zrobią wszystko, aby Vukovicowi i Saganowskiemu się powiodło. Do końca rozgrywek zostało 10 meczów, straty można jeszcze odrobić. W polskiej lidze wszystko jest możliwe.
 
Entuzjastom tego tymczasowego rozwiązania warto jednak przypomnieć, że najczęściej zawodnik zadowolony z trenera nie daje żadnej gwarancji sukcesu.