W krakowskim spotkaniu wzięli m.in. byli znakomici polscy hokeiści i olimpijczycy: Walenty Ziętara, Andrzej Zabawa, Gabriel Samolej, Waldemar Klisiak, Leszek Laszkiewicz, a także aktywni jeszcze gracze: Marcin Kolusz, Kasper Bryniczka i Jarosław Różański. Organizatorzy poinformowali też, że mają też wsparcie innych znanych postaci polskiego hokeja, jak: Mariusz Czerkawski, Henryk Gruth, Mieczysław Jaskierski, Roman Steblecki czy Andrzej Tkacz.

 

Zdaniem otwierającego dyskusję wicewojewody małopolskiego Zbigniewa Starca fatalna sytuacja polskiego hokeja spowodowana jest działalnością "czynnika ludzkiego".

 

- Nie chcę powiedzieć, że sami państwo zgotowaliście sobie taki los wybierając do władz PZHL takich, a nie innych ludzi, ale jest już najwyższy czas, aby rozpocząć naprawę tego, co się dzieje w polskim hokeju" – zaapelował podczas spotkania w małopolskim urzędzie wojewódzkim.

 

Borowicz, który był m.in. trenerem reprezentacji Polski podczas igrzysk olimpijskich w Lake Placid w 1980 roku, ocenił, że polski hokej znalazł się dramatycznej sytuacji i na takim zakręcie, jakim nie był od swojego zarania. Jego zdaniem kryzys rozpoczął się wraz ze zmianami ustrojowymi po 1989 roku, ale jego pogłębienie nastąpiło w ostatnich kilku latach, gdy związkiem zaczęli rządzić niekompetentni ludzie.

 

- "Nikodemów Dyzmów" u nas nie brakowało i nie brakuje – zdiagnozował były selekcjoner.

 

Nie tylko jego zdaniem, ale też innych dyskutantów, polski hokej nie korzysta z wiedzy i doświadczenia byłych znakomitych zawodników i trenerów.

 

- Ile już lat Mariusz Czerkawski po zakończeniu kariery mieszka w Polsce i czy ktoś mu zaproponował stanowisko generalnego menedżera reprezentacji albo ambasadora polskiego hokeja? Pytałem go o to. Dostał jakąś ofertę, ale chciano z niego zrobić marionetkę, a na to nikt by się nie zgodził – powiedział Borowicz.

 

Ostatnie problemy polskiego hokeja zaczęły się w 2012 roku, gdy prezesem PZHL został Piotr Hałasik. Dwa lata później podał się do dymisji, a zastąpił go Dawid Chwałka. Ten z kolei musiał zrezygnować, gdyż związek nie był w stanie rozliczyć dotacji z ministerstwa sportu za 2017 rok. Po nim krótko związkiem kierował Piotr Demiańczuk, a od listopada ubiegłego roku prezesem jest Mirosław Minkina.

 

Skomplikowaną sytuację prawną związku nakreślił Maciej Jachymiak, członek Komisji Rewizyjnej i przewodniczący obrad ostatniego walnego zjazdu PZHL.

 

- Siedziba PZHL w Warszawie to fikcja. Jest tam tylko jedna osoba, która odbiera korespondencję. Cała działalność związku finansowana jest przez Śląski ZHL oraz Polski Komitet Olimpijski, gdyż jakakolwiek złotówka pojawiająca się na koncie PZHL jest zabierana przez komornika w poczet spłaty długów. A długi te są trudne do określenia. Sprawozdanie za rok 2017 nie zostało do tej pory sporządzone, a miało być przedstawione i przyjęte na ubiegłorocznym, czerwcowym walnym zjeździe. Jesienią biegły rewident zrezygnował z jego przygotowania, bo taki bałagan panował. Teraz jest kolejna ekipa, która "siedzi" w dokumentach, ale z mojej wiedzy jej też nie uda się przygotować sprawozdania. Jeśli obecne władze PZHL nie są w stanie wykonywać swoich statutowych zadań, czyli sprawować finansowej kontroli związku, to powinny się podać do dymisji – zaapelował Jachymiak, który opowiedział też historię z protokołem z ostatniego Walnego Zgromadzenia Delegatów.

 

- Jako przewodniczący obrad napisałem protokół, wysłałem na adres PZHL w Warszawie, ale po pewnym czasie dostałem zwrot, gdyż adresat był nieznany. Wysłałem więc ten protokół do siedziby Śląskiego ZHL. Tam przesyłkę przyjęto, ale poinformowano mnie, że zarząd PZHL wysłał do ministerstwa swój własny protokół, choć nie miał do tego prawa. Za rok czeka nas zjazd wyborczy i boję się, że do władz znowu wybrani zostaną ludzie, którzy nic o hokeju nie wiedzą, ale dużo obiecują – zaznaczył Jachymiak.

 

Obecni na krakowskim spotkaniu z wielkim niepokojem odnieśli się to przegłosowanej niedawno przez Polską Hokej Ligę decyzji o możliwości zatrudniania przez kluby nieograniczonej liczby hokeistów zagranicznych.

 

- To nóż w plecy polskiego hokeja. Podobnego zdania jest trener reprezentacji Polski Tomek Valtonen. Czy ktoś widział system szkolenia PZHL? Nikt, bo go nie ma – podkreślił Borowicz.

 

Przeciwko tzw. lidze open były tylko trzy kluby: JKH GKS Jastrzębie, TatrySki Podhale Nowy Targ i Naprzód Janów. Laszkiewicz, dyrektor sportowy JKS GKS, nie ma wątpliwości, że polski hokej nie będzie miał żadnej korzyści z zatrudniania zagranicznych graczy.

 

- Polski hokej jest już na takim dnie, że jak spadnie jeszcze niżej to niewiele już stracimy. Trzeba zacząć działać, ale efekty i tak mogą przyjść za kilka, a nawet 10 lat. Bardzo mnie boli, że nie wykorzystuje się wiedzy i doświadczenia takich ludzi, jak Gruth czy Ziętara. Przez 20 lat grałem w reprezentacji, przeżyłem wielu trenerów i tylko raz udało nam się wywalczyć awans do Elity. Wtedy, gdy trenerem był Polak – Wiktor Pysz – zauważył.

 

Przeciwko "lidze open" jest także Stowarzyszenie Zawodników Hokeja na Lodzie. Wypowiadający się w jego imieniu zawodnik Podhala Marcin Kolusz odrzucił zarzuty, że polscy gracze kierują się własnym interesem, bo będą mogli liczyć na wyższe zarobki.

 

- Co dalej z reprezentacją, co dalej ze szkoleniem młodzieży? Jeśli dla polskich hokeistów zabraknie miejsca w klubach, to oni skończą karierę i już nie wrócą – zwrócił uwagę.

 

Na koniec spotkania przyjęto przez aklamację apel przygotowany przez Borowicza do MSiT oraz środowiska hokejowego o wycofanie się z decyzji o utworzeniu "open ligi", gdyż "to doprowadzi do śmierci polskiego hokeja w perspektywie kilku lat.

 

Prezes PZHL Mirosław Minkina poinformował, że związek odniesie się w najbliższym czasie do kwestii poruszanych podczas poniedziałkowego spotkania, po konsultacji ze swoim działem prawnym.

 

WYNIKI I TERMINARZ PHL