Tomasz Lorek: To, że ATP w cotygodniowym magazynie poświęca Hurkaczowi obszerny wycinek przestrzeni, świadczy o tym, że zachwyca on swoim zachowaniem zarówno na korcie jak i poza nim. Dzięki swojej świetnej grze może zawędrować wysoko w rankingu, co na pewno jest sporym wyróżnieniem dla chłopaka z Wrocławia, który ciężko pracował na to, by wejść na obecny poziom.

 

Grzegorz Milko: Jak można wytłumaczyć jego decyzję o zmianie trenera?

 

To bardzo mądra decyzja. Craig Boynton w przeszłości prowadził Jima Couriera, który wygrywał turnieje wielkoszlemowe. Trenował również Mardy'ego Fisha, Johna Isnera, Sama Querrey'ego i Steve'a Johnsona, czyli najlepszych amerykańskich tenisistów, z których każdy doświadczył "wielkiego tenisa". Boynton jest weteranem, który potrzebuje też trochę kontry dla ostatniego z wymienionych tenisistów. Johnson jest bowiem doświadczonym, ukształtowanym zawodnikiem, który wraca do gry po śmierci taty, a Hubert młodym i lubiącym analizować różne rzeczy.

 

Ma też wewnętrzny zmysł równowagi i myśli racjonalnie, a swoje cenne wskazówki dokładają również tata Krzysztof i mama Zofia. Wrocławianin zrozumiał, że potrzebuje teraz trenera, który byłby w stanie wynieść go na jeszcze wyższy poziom. Od razu widać, że Amerykanin nałożył na Polaka trudne ćwiczenia każąc mu zagrywać skomplikowane woleje, passing shoty i często zmieniać pozycję. Chce tym samym poszerzyć gamę jego umiejętności.

 

Czego możemy spodziewać się po Hurkaczu?

 

To jest zawsze ciężkie pytanie, ponieważ zasadniczą kwestią jest zdrowie. Było już wielu mistrzów, którzy wypływali gdzieś za młodu, jednak później ich kariery były wstrzymywane ze względu na kontuzje. Przeładowany grafik zawodów czy nadmiar obowiązków zniszczył kariery takich tenisistów jak Marcelo Rios, Nikołaj Dawydienko czy David Ferrer. Hubert przy skromnych szacunkach jego talentu, może spokojnie dojść do pierwszej "trzydziestki" rankingu ATP, a zwycięstwa nad graczami z pierwszej "dziesiątki" dały mu pewność siebie.

 

Hurkacz na ziemi spisuje się coraz lepiej, Marcelo Melo zażartował niegdyś, że wrocławianin potrafi sporo. W tej chwili każde zwycięstwo w turnieju z serii ATP 1000 będzie sukcesem, a na 500 o dojście do finału będzie łatwiej, ale tam też można "zderzyć się" z Argentyńczykami czy Hiszpanami, którzy grę topspinem mają zakodowaną w DNA.