Polscy piłkarze na ćwierćfinałach zakończyli udział w rozgrywkach Ligi Mistrzów i Ligi Europy. Poza Wojciechem Szczęsnym i … Robertem Lewandowskim żaden z nich nie może być specjalnie rozczarowany. Nawet mający stuprocentowe sytuacje w obu meczach z Arsenalem nasi reprezentanci z Napoli, Piotr Zieliński i Arkadiusz Milik. Musimy być zgodni: „Kanonierzy” mają po prostu lepszą drużynę od „Azzurich”.

 

Być może Arsenal ma również i lepszego trenera. Obserwując z bliska Carlo Ancelottiego wydaje się, że jest już szkoleniowcem trochę wypalonym. Unai Emery kipi energią, entuzjazmem i mnogością skutecznych rozwiązań taktycznych i personalnych.

Hiszpan w Lidze Europy skorzystał już z 30 piłkarzy. Owszem, zaliczył wyjazdowe wpadki z BATE i Rennes. Ale w rewanżach u siebie odrobił je z nawiązką, a walcząc też o „czwórkę” w wyczerpującej Premier League często rotował dając wszystkim graczom satysfakcję pokazania swej przydatności w warunkach meczowych.


Ancelotti nie dysponuje takim wachlarzem możliwości. W Londynie zawiodły oba boki obrony, a prawą stronę „uszczelnił” dopiero przesunięty ze środka Nikola Maksimović, który na tej pozycji świetnie radził sobie jeszcze w grupie Champions League, gdy zdrowy był Raul Albiol.

 

W środkowej formacji pola manewru też nie było. Nie było praktycznie alternatywy, gdy słabszy dzień miał ktoś z czwórki Allan, Fabian Ruiz, Zieliński i Callejon. Atak? Pomysł na grę dwoma „mikrusami” w Londynie i posadzenie na ławce Milika okazał się błędem „Carletto”.

 

Lorenzo Insigne po kontuzji jest cieniem samego siebie, z Driesem Mertensem europejskiego pucharu raczej się już nie zdobędzie. Arka Milika od dawna trapi ten sam problem. Bramek strzela dużo i to nierzadko bardzo efektownych. Ale za często nie wykorzystuje też dogodnych sytuacji.

 

W meczach ze słabszymi to „nie boli”. Ale w takich spotkaniach, jak czwartkowy, wpływ na losy spotkania jest inny. Sytuacji z Liverpoolu nie ma co mu wypominać, lecz i ona w pewnym sensie wpisuje się w ten schemat. Trafiłby, Napoli było wiosną w Lidze Mistrzów, „The Reds” nie szykowaliby się do wyprawy na Camp Nou do Barcelony.


17 goli w Serie A – tylko dwa mniej od Cristiano – ma jednak swoją wymowę. To pierwszy pełny sezon Milika po dwóch groźnych kontuzjach, następny powinien być jeszcze lepszy. Po meczu z Arsenalem rozmawiałem długo z byłym słynnym walijskim napastnikiem Johnem Hartsonem, który w Celtiku grał z Arturem Borucem i Maciejem Żurawskim.

 

„Milik to świetny napastnik” – zapewniał. „Znakomicie się ustawia i wie gdzie spadnie piłka. Spokojnie. Bramki przyjdą. Także w takich meczach. To kwestia czasu.” – powiedział.

 

I oby się nie mylił.