Można oczywiście grać, jak równy przeciwko dzisiejszej Barcelonie i Liverpool to robił, miał inicjatywę, był częściej w posiadaniu piłki. Zwłaszcza po przerwie wykorzystywał swoją siłę fizyczną, aby dominować i często strzelać na bramkę. Ale wtedy sprawy w swoje ręce wziął pan Messi i skończył zabawę. Gdyby jeszcze Dembele w sytuacji jeden na jednego z bramkarzem strzelił na 4:0, mecz rewanżowy na Anfield nie byłby już rozpatrywany w kategorii walki o awans, ale po prostu jako ciekawe wydarzenie samo w sobie. Warto byłoby popatrzeć na wielki futbol i tyle.

 

3:0 w kontekście rewanżu też jest jednak potężną zaliczką. I choć trener Barcy Ernersto Valverde przypomina, że w poprzednim sezonie też miał trzybramkową zaliczkę w meczu z Romą, by pojechać do Rzymu, przegrać 0:3 i odpaść, to raczej trudno uwierzyć, aby mogło się to powtórzyć. Nie z takim Messim w składzie.

 

Argentyńczyk wbił właśnie swojego gole numer 599 i 600 dla Barcelony, nastrzelał tyle w ciągu czternastu lat. Zestawiane są zdjęcia, jak wówczas po swoim pierwszym trafieniu wskakiwał uradowany na plecy Ronaldinho, a dziś na Luisa Suareza, co też jest symbolem jego długowieczności w klubie. Przypomina się, że zdobył w tym czasie dziesięć tytułów mistrzowskich w Hiszpanii, cztery wygrane Ligi Mistrzów, jego kolejne rekordy, dzieli na etapy, porównuje i analizuje.. Kolejne potwierdzenie, że mamy do czynienia z absolutnym geniuszem nie jest niczym nowym i teoretycznie wszystko już zostało na jego temat powiedziane i napisane.

 

Nowością jest jednak to, że Messi stał się liderem. Katalońskie media zajmujące się Barceloną podkreślają, że w wieku 31 lat Argentyńczyk zaczął brać odpowiedzialność za drużynę w pełnym tego słowa znaczeniu. Już nie tylko jest największą wartością klubu, kimś ekstra, najjaśniejszą gwiazdą, ale liderem narzucającym jej swoje zdanie. 

 
Czyli posiadł coś co wcale nie było oczywiste przez lata, a biorąc pod uwagę reprezentację Argentyny wręcz zarzucano mu, że tego nie potrafi tego robić, nie potrafi być liderem, jak przed laty Diego Maradona.

 

Okazuje się, że piłkarz tak już teoretycznie od dawna kompletny, może się jeszcze rozwinąć. Jego liderowanie widać słychać i czuć. Opaska kapitańska z którą po raz pierwszy może niebawem wznieść Puchar Europy, mu nie ciąży. Wręcz przeciwnie. Czuje się za Barcę odpowiedzialny, autentycznie ją kocha. Wskazują na to język jego ciała, gesty, poszczególne boiskowe zachowania, a nawet wypowiedzi pomeczowe. Jak ta ostatnia, w której rugał kibiców za to, że ci gwizdali na schodzącego Coutinho. Jednym zdaniem, Leo jest obecnie w swojej najlepszej dyspozycji w życiu. Nigdy wcześniej nie był aż tak dobry i aż tak wiele znaczący.

 

Czy z takim Messim Barcelona może nie sięgnąć w Madrycie po kolejne zwycięstwo w Lidze Mistrzów?