Dwa z trzech mistrzowskich pasów leżących na szali – tj. WBC, WBA, należą do Alvareza, IBF do Jacobsa. Amerykanin zdobył go w trudnej walce z Ukraińcem Serhijem Derewianczenką. Wszystkie trzy należały wcześniej do Giennadija Gołowkina, który jeszcze w tym roku liczy na trzeci pojedynek z Alvarezem.

 

Czwarty pas (WBO) jest w posiadaniu Demetriusa Andrade, najbliższego rywala Macieja Sulęckiego. Polak zmierzy się z nim pod koniec czerwca.

 

Biorąc pod uwagę fakt, że Alvarez ma jasno określony cel , jakim jest unifikacja czterech tytułów (byłby pierwszym Meksykaninem, który tego dokonał) możliwe są najbardziej szalone scenariusze. Teraz jednak najważniejsze jest starcie z Jacobsem, rywalem z wielu względów niewygodnym dla Meksykanina.

 

Po pierwsze dlatego, że Jacobs umie boksować i jest znacznie większy. Stąd te liczne wagowe limity przed walką i rano, w dniu walki. Ale i tak, gdy wyjdą do ringu Jacobs będzie w limicie wagi półciężkiej, a nie średniej.   

 

Alvarez mówi wprost, że w 2017 roku Jacobs pokonał Gołowkina i będzie dla niego trudniejszym przeciwnikiem niż Kazach. Nie jest jedynym, który tak twierdzi, choć nie mam pewności, czy naprawdę tak myśli. Walka Jacobsa z Gołowkinem była wyrównana, to fakt, ale moim zdaniem „GGG” zrobił wystarczająco dużo, by zasłużyć na wygraną.

 

W sobotę na pomoc sędziów Jacobs nie ma co liczyć. Walczy na terenie oswojonym przez Alvareza. Chciałbym wierzyć  Bobowi Bennettowi, szefowi Komisji Sportowej Stanu Nevada, gdy zapewnia że punktacja będzie uczciwa, ale zawodowy boks to biznes, a kurą znoszącą złote jaja w tym biznesie jest Canelo, nie Jacobs. To on jest królem pay-per-view, lokomotywą Golden Boy Promotions.

 

Jego jedyna przegrana, z Floydem Mayweatherem Jr w 2013 roku, przyniosła 150 mln dolarów dochodu, więcej niż pamiętne starcie  Mayweathera Jr z De La Hoyą. A pięcioletni kontrakt z DAZN  na 11 walk wart 365 mln dolarów,  tylko to potwierdza.

 

Z nim trzeba więc wygrać wyraźnie, by sędziowie nie mieli wątpliwości, takie są fakty i Jacobs o tym wie. Fair play i mistrzowskie pasy są ważne, ale nie najważniejsze. Tacy jak Alvarez zawsze byli pod ochroną. Mniej lub bardziej. Punktować będą ci sami sędziowie, którzy oceniali drugą walkę Alvareza z Gołowkinem: Glen Feldman, Dave Moretti i Steve Weisfeld. Ich punktacja nie wywołała większych kontrowersji, walka była wyrównana, ale mistrzowskich pasów bronił przecież wtedy Gołowkin.

 

Canelo ma jednak wszystko, by wygrywać z najlepszym, trzeba mu to uczciwie przyznać. Jest pięściarzem kompletnym, dysponuje mocnym uderzeniem, dobrze się broni, ma szybkie ręce i bije na korpus, jak przystało na prawdziwego czempiona rodem z Meksyku. Nogi ma wprawdzie wolniejsze od Jacobsa, ale jego ringowa inteligencja jest na najwyższym poziomie. W trakcie trzynastoletniej zawodowej kariery walczył z zawodnikami prezentującymi najróżniejsze style, jest gotowy na każdego. Ogromne doświadczenie będzie jego wielkim atutem, co do tego nie ma wątpliwości.

 

Oczywiście Daniel Jacobs ma  solidne narzędzia, by walczyć z Alvarezem o zwycięstwo. Jak zajdzie taka potrzeba, to zmieni pozycję na odwrotną i spróbuje skłonić Alvareza do ataku, by wciągnąć go w pułapkę. Jest bardzo szybki, też potrafi przyłożyć, ale nie wiem jak zniesie presję tego pojedynku. To walka życia, druga taka okazja może się nie powtórzyć. A że jest człowiekiem inteligentnym,  musi mieć świadomość, że wyrównane rundy raczej nie będą zapisywane na jego korzyść, czego by o uczciwości sędziów nie mówił były agent FBI Bob Bennett.

 

Alvarez jest zbyt cenny, by go nie chronić. Ma nad sobą parasol ochronny nawet wtedy, gdy łapią go na dopingu.  Ale bez przesady, sam też potrafi zadbać o swoje interesy i wcale nie wykluczam scenariusza, że w sobotę w Las Vegas sędziowie nie będą mu potrzebni.

 

Transmisja z gali Saul "Canelo" Alvarez - Daniel Jacobs w nocy z soboty na niedzielę w Polsacie Sport od godz. 3.00