Arka biblijna zasłynęła z tego, że potrafiła wystarczająco długo dryfować, żeby przetrwać. Koszykarska Arka z Gdyni w poprzednich dwóch meczach serii ćwierćfinałowej z Legią Warszawa też właściwie dryfowała, czekając aż rywalizacja sama się wygra. Karą było 2:2 i konieczność zagrania decydującego o awansie meczu w niedzielę. Tym razem jednak gdynianie na nic nie czekali, tylko rzucili się w obronie na rywali, nie pozwalając im na rozwinięcie skrzydeł.


Momentów, które to pokazywały było wiele. Najbardziej bodaj symptomatyczny nastąpił w 13. minucie, kiedy rewelacyjnie grający w tej serii strzelec Legii Jakub Karolak musiał przedrzeć się przez trzech rywali, żeby móc wejść pod kosz. Stamtąd nie trafił, miał pretensje do sędziów, że był faulowany i dostał faul techniczny. I tak było przez większość meczu, dwóch zawodników Arki przy zawodniku z piłką, każdy z nich bliżej niż kilka dni temu bywali w Warszawie, dużo zetknięć, dużo popychania, więcej fauli, nawet więcej rzutów wolnych dla Legii niż kiedykolwiek w tej serii - ale w końcu wysokie zwycięstwo.


Trener Arki Przemysław Frasunkiewicz przed meczem przyznał nam z Tomkiem Jankowskim, z którym komentowaliśmy spotkanie, że niepotrzebnie w poprzednim meczu zalecił swoim zawodnikom granie mniej agresywne. Gdynianie odchodzili od obwodowych zawodników Legii, czekali na nich bliżej kosza, teoretycznie nie chcieli dać się mijać. Wydawało mu się wtedy, że to zabierze Legii atuty. Warszawiacy jednak grali swobodnie, punktowali (197 punktów w dwóch meczach) i wygrali dwa razy. Powrót do twardości był konieczny.


Pozwolił on Arce - najlepszemu w obronie zespołowi Energa Basket Ligi - na zatrzymanie rywali na 75 punktach, choć i to nie zadowoliło gdynian. Po meczu zawodnicy Arki wspólnie wykonali na środku boiska po pięć pompek. Okazało się, że sami gracze założyli sobie, że Legia nie rzuci więcej niż 70 punktów. A za każdy punkt powyżej była karna pompka.


Twardość konieczna będzie także w półfinale, gdyż w nim pierwszy zespół rundy zasadniczej wpada na mistrza Polski Anwil Włocławek. Mistrza, który na dodatek miał czas na odpoczynek i przygotowania do półfinału już od wtorku, kiedy zakończył rywalizację ćwierćfinałową efektownym 3:0. Mistrza, który jest dumny z tego, że ma fizycznie mocnych i wysokich zawodników obwodowych, którzy Arkę będą obijać (oczywiście w sportowej walce) tak jak Arka w niedzielę obiła Legię. Pierwszy mecz już w czwartek, przygotujcie się na mecze pełne twardych akcji.


Obrazek dnia: Gigant dokarmiony

 

W niedzielnym meczu w Arce najlepsi na boisku byli rozgrywający James Florence i Krzysztof Szubarga, ale w końcówce meczu to ogromny środkowy Arki Gdynia Robert Upshaw miał najwięcej do powiedzenia. Kiedy Legia wciąż jeszcze liczyła na nawiązanie walki najpierw dostał piłkę pod koszem i po pięknym manewrze wpakował ją z ogromnym impetem z góry ponad bezradnym Australijczykiem z Legii Keanu Pinderem. To był może nawet wsad sezonu! W kolejnej akcji Arki Szubarga dograł Upshawowi piłkę pod kosz i ten trafił z faulem. Po tych zagraniach było 81:65 i Legia nie zdołała się już podnieść.

 

W załączonym materiale wideo decydujące akcje Roberta Upshawa.