Milwaukee: Już nie biedny kuzyn Chicago

 

Z miasteczka Evanston gdzie mieszkam, na północy Chicago, jadę do United Center gdzie grają Chicago Bulls około godzinę, choć to zaledwie dwadzieścia kilometrów. Do „Fiserv Forum”, supernowoczesnej hali Milwaukee Bucks  jest 100 kilometrów, to inny stan ale jedzie się czteropasmową autostradą, więc tylko piętnaście minut dłużej. Przez dekady,  Milwaukee było miejscem, gdzie się jeździło na... meczu Bulls, bo w Chicago karnety były zawsze wyprzedane. Nikt nie traktował Bucks poważnie. „Może zagrają w play-offs, ale i tak pewnie szybko odpadną” – taka była opinia o klubie, gdzie zawsze coś było nie tak jak trzeba. Wszystko zmieniło się z przyjściem do klubu Antetokounmpo. I to nie od razu. Trafił do „Bucks” jako dopiero numer 15 draftu, miał potencjał, ale na na przyzwoitego gracza.  „Za chudy. Z Grecji? Zobaczymy” – takie były opinie.. Nikt – łącznie z trenerami Bucks – nie przypuszczał, że Giannis będzie lepszy dosłownie z każdym mijającym miesiącem. Po pierwszych dwóch latach zaczęto  o nim pisać jako „obiecującym graczu NBA”. Po następnych dwóch (16,9 pkt/7.7 zbiórek i 22.9/8.8 w sezonie 2016/2017) opinia poszła w górę. „Gdzie jest szczyt możliwości Giannisa? – zaczęli się zastanawiać dziennikarze piszący o NBA.

 

Nawet tegoroczne statystyki  (27,7 pkt/12,5 zbiórek na mecz), kiedy „Greek Freak” jest jednym z głównych kandydatów do miana najbardziej wartościowszego gracza NBA, nie daje nam ostatecznej odpowiedzi. „Milwaukee Bucks zostaną mistrzami NBA” – stwierdził przed laty znakomity na parkietach NBA, a równie dobry jako  komentator stacji telewizyjnej TNT – Charles Barkley. „Dlaczego? Bo nikt w play-offs nie ma bardziej dominującego gracza niż Giannis. Dlatego”. 

 

American Dream

 

Nieco ponad dziesięć lat temu, John Horst był odpowiedzialny za porządek w ośrodku zamieszkałym przez najbiedniejszą część mieszkańców  Rochester (stan Michigan). „Musiałem  sprzątać opuszczone przyczepy, kiedy było trzeba kogoś wyrzucić.  Widziałem rzeczy, które widziałem, nie da opisać.  W skrócie – wynosiłem gówno, za 10 dolarów na godzinę”. Dziś Horst jest jednym z najmłodszych generalnych managerów w National  Basketball Association,  w klubie wycenianego  na prawie 1,4 mld dolarów Milwaukee Bucks. Nie tylko jednego z faworytów tegorocznych rozgrywek, ale drużyny mającej w składzie faworyta do tytułu MVP  – Giannisa Antetokounmpo.

 

Nawet kiedy Horst zaczął pracować w Pistons, szybko  przekonał się, że praca w NBA nie oznacza dużych pieniędzy. Albo nawet przyzwoitych. Na początku płacono mu  kuponami na jedzenie w restauracji  i bezpłatnym sprzętem . Później, kiedy był asystentem, zarabiał 6-7 dolarów za godzinę i niewiele brakowało, by rzucił marzenia o baskecie, podejmując pracę w FedEx. „Było blisko, bardzo blisko – mówił Horst w wywiadzie dla „Washington Post”.  Wszystko zmieniło się, kiedy będący jego mentorem w Pistons John Hammond namówił Horsta by jeszcze nie rezygnował, spróbował wytrzymać. Kiedy Hammond, w 2008 roku został generalnym managerem  Bucks, zabrał go ze sobą bo zapamiętał chłopaka, który w Detroit był człowiekiem do wszystkiego – od tłumaczenia, jak działają analityczne strony koszykarskie, do dbania o to, by nie zabrakło papieru w drukarce i pomagania koszykarzom w dniu meczów.

 

Przez pierwsze lata, Horst robił to samo, co w Detroit - czyli wszystko. Nawet uczył jazdy samochodem Giannisa, nie mając pojęcia, że wozi przyszłą supergwiazdę NBA.  Kiedy Hammond  przeniósł się do Orlando Magic, jego rekomendacja do właścicieli klubu była natychmiastowa. „Co z tego, że on ma tylko 36 lat? John wie i potrafi wszystko. To przyszłość tego klubu”. Miał rację.