Mój partner zza mikrofonu Polsatu Sport Tomasz Jankowski znany jest z barwnych określeń. Ze wszystkiego, co wymyślił podczas niesamowicie ekscytującego meczu 1 półfinału Arka Gdynia - Anwil Włocławek (94:91), najbardziej podobał mi się opis tego, co działo się w głowie gdynian, kiedy tracili 21 punktów przewagi (mieli 74:53 w 26. minucie). - Jest coś takiego, że wbrew wszystkiemu do ucha szepcze ci wtedy diabełek, że już jest po meczu, że można się rozluźnić - mówił podczas naszej pomeczowej dyskusji w Studio AdRom Max na YouTube.

 

Pytanie brzmi, gdzie ten diabełek był. Czy rzeczywiście w mentalności, w przekonaniu, że mecz z Anwilem jest już wygrany? Sam, w odróżnieniu od Tomka, nigdy nie byłem w takiej sytuacji na boisku, ani jako trener, ale trudno mi uwierzyć, że grając z takim zespołem jak obecni mistrzowie Polski można rzeczywiście słuchać podszeptu, że już jest po wszystkim. Nawet jeśli zagrało się genialną - niemal perfekcyjną - pierwszą połowę meczu, wygraną 61:44.

 

Może więc diabełek był ukryty w kwestii sił, które zachowali na decydujące momenty meczu gdynianie. Intensywna gra w pierwszej połowie musiała ich kosztować sporo energii, a przecież ledwie cztery dni wcześniej zakończyli intensywną, pięciomeczową serię z Legią Warszawa. Brak sił powodował złe decyzje, błędy, zwłaszcza w obronie, na które narzekał po meczu trener Arki Przemysław Frasunkiewicz.

 

A może jednak diabełek ma na imię Niedoświadczenie? Jeszcze przed meczem Frasunkiewicz, sam debiutujący jako szkoleniowiec w play-off, podkreślał, że nawet tak ograni i posiadający spore umiejętności jego zawodnicy jak Deividas Dulkys dotąd w ogóle, albo rzadko, grali o taką stawkę, w tak mocnym fizycznie i wymagającym emocjonalnie półfinale. A tu, przy pogoni Anwilu, Arce brakowało jednego, dwóch spokojnych zagrań, trafień z czystej pozycji.

 

A może diabełkiem jest cecha koszykówki, która polega na zmienności sytuacji wynikającej z przekonania o własnej sile. Arka i Anwil taką cechę mają, wpojoną przez trenerów Frasunkiewicza i Igora Milicicia. Pewność, że kolejny rzut wpadnie, a kolejna dobra próba w obronie będzie skuteczna. Włocławianie to pokazali w momencie swojej serii 27:6, która dała im remis w 36. minucie. Bronili świetnie, mieli odpowiednich do tego zawodników na boisku, i nadal byli przekonani, że trafią ważne rzuty. W końcówce zabrakło jednego trafienia i jednej obrony. Bywa.

 

Odpowiedzią prawidłową może być każda z powyższych, albo nawet żadna… Tak czy owak, diabełek w tym meczu miał niezłe żniwo i nie myślę tu nawet o mocno kontrowersyjnej (bo ewidentnie błędną nie można jej nazwać) decyzji sędziów tuż przed końcem meczu o nieodgwizdaniu faulu niesportowego Krzysztofa Szubargi na Ivanie Almeidzie. Diabełek będzie w tej serii do końca. I to tylko dobrze dla nas, widzów.

 

Obrazek dnia: Dikembe Dulkys

 

W tym niewiarygodnie emocjonującym meczu nie była to może akcja rozstrzygająca, może nawet nie była ważna, ale pokazała jakość, jaką mają koszykarze w tej rywalizacji półfinałowej. W 15. minucie meczu w trwający całą pierwszą połowę fantastyczny pojedynek strzelecki Josha Bostica z Ivanem Almeidą (wygrał Amerykanin z Arki 22:18) włączył się na chwilę Litwin z Arki Deividas Dulkys.

 

Świetny obrońca, dla mnie nawet najlepszy w lidze, wyskoczył wysoko przy wejściu pod kosz - a właściwie nad kosz - Almeidy i przy próbie wsadu fantastycznie go zablokował. Świetna akcja, po której Litwin - mimo że tracił równowagę - nie omieszkał, w stylu dawnego mistrza bloków z NBA Dikembe Mutombo - pomachać palcem przed nosem gwiazdy Anwilu na znak, że w jego obecności takich akcji nie będzie.

 

Czwartek w półfinale play-off Energa Basket Ligi:

 

Arka Gdynia - Anwil Włocławek 94:91, stan rywalizacji 1:0, następny mecz w sobotę (Polsat Sport Extra, godz. 20.15).

 

W piątek grają w półfinale:

 

Polski Cukier Toruń - Stelmet Enea BC Zielona Góra, mecz 1, Polsat Sport Extra, godz. 18.15.

 

WYNIKI I TERMINARZ EBL