Ivan Almeida z Republiki Zielonego Przylądka jest zawodnikiem wybitnym. Bardzo trudnym do zatrzymania, emocjonalnym, zdolnym rzucić kilkanaście punktów w kilka minut. Tak było w meczu 1, kiedy Anwil grał słabo, a nagle Almeida w szybkich atakach zdobył osiem punktów z rzędu i nadzieja dla włocławian odżyła. Niestandardowe rzuty z dystansu, wejścia pod kosz, wymuszanie fauli - na to wszystko mało kto w Energa Basket Lidze ma odpowiedź.


Dlatego właśnie trener Anwilu Włocławek w połowie tego sezonu poświęcił wiele (musiało odejść trzech zawodników), żeby ponownie pozyskać Kabowerdeńczyka, który po kontuzji okazał się dostępny, bo Kalev Tallin z niego zrezygnował. Liczył, że ten znów wejdzie na poziom MVP ligi, którym był rok temu, w mistrzowskim sezonie Anwilu.

 

W rywalizacji ćwierćfinałowej ze Stalą Ostrów wyglądał on dobrze, ale rozbijanie pewności siebie Ivana Almeidy zaczął już w poprzednim meczu półfinałów Deividas Dulkys. W tamtym spotkaniu Almeida był pilnowany przez Josha Bostica z Arki, a Litwin w jednej z akcji tylko pomagał koledze, ale zanotował przy tym megaefektowny blok. W sobotę trener Arki Przemysław Frasunkiewicz postanowił to wykorzystać i pierwszą osobą, którą naprzeciw siebie zobaczył Almeida po wejściu na boisko był właśnie superobrońca Dulkys. Litwin bronił dobrze, był jednak nieskuteczny w ataku, więc w drugiej połowie najczęściej naprzeciw lidera Anwilu grał Marcel Ponitka. Zawodnik, który w meczu 1 praktycznie nie zagrał (8 sekund), który był wypoczęty i też nie odpuścił niczego.

 

Almeida szarpał się więc, wykonywał trudne akcje i… nie trafiał. Po pierwszej kwarcie miał 1/5 z gry, po drugiej 1/7, po trzeciej 2/9, a w ostatniej części wykonał cztery tylko niecelne rzuty. Dziewięć punktów i 2/13 z gry to był dorobek bardzo słaby, zwłaszcza że cały Anwil Włocławek tego dnia potrzebował kogoś, kto trafi do kosza. Włocławianie mieli w tym meczu 29 procent skuteczności z gry, w pierwszej połowie nawet 21, a z takim rzucaniem w końcu musieli ulec Arce (przegrali 65:78). Almeida nie miał w tym meczu ani jednej asysty - po raz pierwszy w tym sezonie, w którym średnio notuje ich pięć na mecz.


Mimo słabszej gry trener Anwilu Igor Milicić dał Almeidzie możliwość przebywania na boisku przez 31 minut i możliwość wykonania 13 rzutów z gry (choć trafił tylko dwa). Wyglądało na to, że postanowił żyć długo lub umrzeć szybko ze swoim liderem. W sumie trudno mu się dziwić, bo od 2017 roku najczęściej świetnie żył dzięki temu, co na boisku oferował Almeida. Pytanie brzmi teraz, czy wobec tego co gra w obronie Arka, w meczu 3 - kiedy Anwil przy stanie 0:2 w rywalizacji już musi wygrać - włocławianie nadal będą uzależnieni od Ivana Almeidy. I czy Kabowerdeńczyk będzie trafiał.


Obrazek dnia: Kolega był w Rumunii…

 

Marcus Ginyard już z czwartym klubem gra w Polsce o medale, wcześniej był we Włocławku, Zielonej Górze i Słupsku. Ten sezon zaczął w Rumunii, ale trener Przemysław Frasunkiewicz - który grał z Ginyardem we Włocławku - bardzo chciał go w swoim zespole i wiele razy dzwonił do Oradei, namawiając Ginyarda na przyjazd do Gdyni. Po kontuzji Filipa Dylewicza Amerykanin okazał się w Arce niezbędny. W meczu 2 półfinału to jego seria ośmiu punktów od stanu 50:50 pozwoliła Arce ostatecznie odskoczyć rywalom. Dwa rzuty spod kosza, jeden z faulem, a w 32. minucie efektowne trafienie za trzy punkty po asyście Jamesa Florence’a - to było to, czego potrzebował zespół z Gdyni, a czego też tego dnia nie dostał Anwil od żadnego ze swoich zawodników.

 

Sobota w półfinale play-off Energa Basket Ligi:


Arka Gdynia - Anwil Włocławek 78:65, stan rywalizacji 2:0, następny mecz we wtorek (Polsat Sport Extra, godz. 17.30).

 

W niedzielę grają w półfinale:

 

Polski Cukier Toruń - Stelmet Enea BC Zielona Góra, mecz 2, stan rywalizacji 1:0, Polsat Sport, godz. 12.30.

 

WYNIKI I TERMINARZ EBL