Magiera: Rośnie apetyt na sukces siatkarek. I dobrze!

Siatkówka
Magiera: Rośnie apetyt na sukces siatkarek. I dobrze!
Fot. PAP

Można powiedzieć nareszcie. Sezon reprezentacyjny rozpoczyna się na dobre. Nasze siatkarki po historycznym triumfie w towarzyskim turnieju w Montreux zaczynają zmagania w Lidze Narodów. Po tym, co zobaczyliśmy w minionym tygodniu w Szwajcarii trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że apetyty na dobre występy, dobrą grę i oczywiście zwycięstwa wyraźnie wzrosły. Ale to dobrze!

Jestem pod wrażeniem wyniku, jaki osiągnęła w tegorocznym turnieju w Montreux kadra prowadzona przez trenera Jacka Nawrockiego. Jasne, ktoś powie, daj pan spokój, przecież to tylko towarzyskie granie, bez większej presji, bez ciśnienia, bez drużyn w najsilniejszych składach. To wszystko prawda, tyle tylko, że trzeba pamiętać, iż turniej w Montreux, to taki odpowiednik naszego męskiego turnieju - Memoriału Huberta Jerzego Wagnera. Owszem, turniej towarzyski, ale bardzo prestiżowy, zdecydowanie najważniejszy i najlepszy spośród tych, za które nie dostaje się punktów do rankingu FIVB.


Polki zagrały w Szwajcarii po raz dziesiąty w historii. Na podium, i to od razu na pierwszym miejscu, znalazły się po raz pierwszy. Wcześniej, mimo tego, że wydawało się iż potencjał naszej drużyny był zdecydowanie większy niż teraz, nigdy nie było nawet podejścia, aby o to podium zawalczyć. A próbowały takie tuzy siatkarskiego rzemiosła jak Andrzej Niemczyk, czy Marco Bonitta. Już nawet nie będę wnikał jakim potencjałem kadrowym dysponowali obaj wcześniejsi szkoleniowcy, a jakim dysponuje  - oczywiście w stosunku do nich - trener Jacek Nawrocki.


Obecny szkoleniowiec naszej, żeńskiej reprezentacji jest niebywale skromnym człowiekiem, do tego twardo stąpa po ziemi, nie obiecuje gruszek na wierzbie, jak mantrę powtarza frazę - praca, praca i jeszcze raz praca. Kiedy niedawno gościł w naszym polsatowskim magazynie siatkarskim „7 Strefa” wypowiedział znamienne zdanie. - Dla nas każdy mecz jest najważniejszy. Nie ważne, czy to mecz towarzyski, czy mecz w Lidze Narodów, czy kwalifikacja olimpijska, czy mecz mistrzostw Europy. Jesteśmy po prostu na takim etapie prowadzenia tej drużyny, że nie ma meczów nieważnych. Jeżeli mamy zrobić kolejny krok do przodu, to każde kolejne spotkanie jest najważniejsze.


No to w turnieju Ligi Narodów w Opolu, który startuje już we wtorek, przed nami trzy bardzo ważne mecze. Z Włoszkami, które zajęły w Montreux trzecie miejsce, z Niemkami i z Tajlandią, które nasze panie rozbiły w pył w półfinale szwajcarskiego turnieju. Nie należę do ludzi specjalnie wierzących w gusła, ale tak samo było z drużyną Jerzego Matlaka w 2009 roku. Wtedy też rozbiliśmy Tajlandię 3:0 (a w historii nie zdarzało się to zbyt często, by nie powiedzieć w ogóle) i skończyliśmy reprezentacyjny sezon brązowym medalem mistrzostw Europy w Łodzi. Przypomnę w tym miejscu, że dla Polek sezon reprezentacyjny kończy się mistrzostwami Europy, i tym, że - nomen omen - rozgrywane będą one właśnie w Łodzi.


Na koniec słówko o finale Champions League. Lube Civitanova pokonało Zenit Kazań 3:1. Miało być wielkie święto, miały być race, fajerwerki i truskawka na torcie, a wyszło jak wyszło. Do 15, 12 i 19 w trzech wygranych setach na tym poziomie, to coś abstrakcyjnego. Ja tam z tego finału zapamiętam tylko Ferdinando de Giorgiego, któremu szczerze i serdecznie gratuluję sukcesu, ale nie z faktu, że jego drużyna zdemolowała rywala, tylko dlatego, że poprowadził na meczu swój zespół w dresie, a nie tak jak nas do tego przyzwyczaił przez lata w garniturze.

Marek Magiera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze