- Poszliśmy jak dzik w szyszki - powiedział o kluczowej akcji meczu (o której poniżej) kapitan Anwilu Kamil Łączyński i dorzucił zaraz coś o tym, że ten mecz trzeba było wyszarpać. To prawda. Trzecie spotkanie było dla mistrzów Polski z Włocławka walką o pozostanie w grze o mistrzostwo, bo przegrywali przecież 0:2. Wygrali 87:79 i w serii do trzech zwycięstw wciąż mają szansę.


Ta gra na „wyszarpanie” nie do końca trwała przez cały mecz. Zaczęło się od kanonady trójek (11 z obu stron w pierwszej kwarcie) i niemal trójkami się skończyło (w ostatnich dwóch minutach trafiali w kolejnych akcjach na przemian James Florence, Chase Simon, Josh Bostic i wreszcie - akcją 2+1 - Ivan Almeida). Ale kiedy po meczu spojrzy się w statystyki, to trafienia za trzy nie decydowały. Zwłaszcza że oba zespoły spudłowały ich po 20.


Mimo że to Arka Gdynia jest najlepszym zespołem ligi w obronie, mimo że to ona potrafiła fizyczną walką zdominować rywala w ćwierćfinałowym meczu 5, to wydaje mi się, że to Anwil Włocławek więcej zyskuje na przeniesieniu tej rywalizacji w sferę koszykówki pełnej walki. To włocławianie chcą, żeby Arka obniżyła skład, żeby można było grać pięciu na pięciu bez przewagi wzrostu i wtedy obwodowi, ale wysocy i silni, zawodnicy z Włocławka mogą pokazać swoje przewagi. To oni chcą, żeby play-off był pełen szarpanej walki. Zwłaszcza we Włocławku, gdzie rekordowe 3909 widzów tworzy niepowtarzalną atmosferę presji z trybun.


Ale to nie koniec rywalizacji. - Anwil nas nie pokonał. Wygrali po prostu mecz. My zagraliśmy słaby - mówił w wywiadzie w Polsacie Sport Extra Marcinowi Murasowi zaraz po meczu skrzydłowy Arki Bartłomiej Wołoszyn, tworząc jakby zaklęcia na czwartek. Na pewno będzie ciekawie. I znów na pewno będzie wyszarpane.


Obrazek dnia: Odbijanie balonika


Ten mecz było trzeba koniecznie podnieść z podłogi. W dramatycznej końcówce, kiedy włocławianie bronili wypracowanej kilkupunktowej przewagi, decydowała pojedyncza akcja. Zdecydowała ta, w której koszykarze Anwilu Włocławek odbijali piłkę po siatkarsku w parterze.


30 sekund przed końcem czwartej kwarty przy stanie 82:79 Ivanowi Almeidzie nie wyszła akcja jeden na jeden ze skrzydła, ale o niczyją piłkę trzeba było walczyć w parterze. Rzucił się tam Kamil Łączyński, który podbił ją jedną ręką do góry dwa razy, a trzecie odbicie należało do Almeidy, który wypadając na aut jednocześnie uratował piłkę i podał ją do Jarosława Zyskowskiego. Dwa punkty, szaleństwo na trybunach, pięć punktów przewagi i mecz rozstrzygnięty.

 

Wtorek w półfinale play-off Energa Basket Ligi:


Anwil Włocławek - Arka Gdynia 87:79, stan rywalizacji 1:2, mecz 4 w czwartek we Włocławku (transmisja w Polsacie Sport Extra o godz. 17.30)


W środę grają:


Stelmet Enea BC Zielona Góra - Polski Cukier Toruń, stan rywalizacji 0:2, transmisja w Polsacie Sport Extra o godz. 17.30