Na chłodno możemy oczywiście się łudzić, że to futbol młodzieżowy, że wszystko może się zmienić z dnia na dzień, że jednak Tahiti jest dużo słabsze od Kolumbii, a i Senegal też nie tak dobry. Poza tym w myśl regulaminu jest także szansa na wyjście z trzeciego miejsca w grupie… Tyle, że tego co się zobaczyło w czwartkowy wieczór w Łodzi nie da się ot tak „odzobaczyć”. Czyli zespół, który w ciągu meczu nie stworzył ani jednej sytuacji do zdobycia gola, a nasze talenty nie były w stanie wymienić  kilku podań miedzy sobą na połowie przeciwnika.

 

Znęcanie się nad młodymi zawodnikami Jacka Magiery i wyciąganie daleko idących wniosków już w tym momencie jest przedwczesne (może się przecież zdarzyć, że wygramy dwa kolejne mecze, wyjdziemy z grupy i jakoś się rozkręcimy), o jeden, w moim odczuciu istotny, jednak bym się pokusił. 

 

Patrząc na tę reprezentację nie sposób nie zauważyć, że znów poszliśmy drogą na skróty. Tak jak za czasów seniorskiej drużyny Franciszka Smudy w 2012, czy też w jakimś stopniu tej wcześniejszej Leo Beenhakkera. Mam na myśli sięganie po zawodników wychowanych w zagranicznych klubach i takich, którzy przyznają się do polskich korzeni.

 

Nie używam tu popularnego kiedyś sformułowania „farbowane lisy”, bo było nieeleganckie i krzywdzące. Popatrzmy na skład: Dominik Steczyk (Norymberga), Marcel Zylla (Bayern Monachium), David Kopacz (VfB Stuttgart), Adrian Stanilewicz (Bayer Leverkusen), Maik Nawrocki (Werder Brema), Jakub Bednarczyk (St Pauli). Do tego Nicola Zalewski (Roma).

 

Zawodnicy albo urodzeni już zagranicą, albo ukształtowani w zagranicznych klubach właściwie od dziecka. Żaden z nich nie odgrywa oczywiście wielkiej roli w swoich dobrych miejscach pracy (występują w rezerwach albo drużynach młodzieżowych), ale jednak zostali oni piłkarsko ukształtowani właśnie przez te systemy, z którymi nie jesteśmy się w stanie równać, które tak wychwalamy, stawiając je sobie za wzór. Nieco przejaskrawiając, zostali oni dotknięci myślą szkoleniową, która formowała mistrzów świata. Pracowali i pracują z trenerami z innego lepszego piłkarskiego świata.

 

I skoro wyglądają tak jak w czwartek w Łodzi, to albo wcale ci zagraniczni trenerzy nie są tacy wyjątkowi, albo sięgnęliśmy po zawodników, mających podwójne obywatelstwa, którzy nie są w stanie przebić się przez lokalne sito selekcyjne i trafić do reprezentacji kraju, w którym mieszkają czy, jak w kilku innych przypadkach, urodzili się. Czyli powtórka z czasów Smudy. Damien Perquis, Ludovic Obraniak, Eugen Polanski, Sebastian Boenisch itd…

 

To nie jest przypadek, że podczas meczu z Kolumbią na tle tej ogólnej mizerii stosunkowo dobrze prezentowali się grający w naszej Ekstraklasie Sebastian Walukiewicz, Bartosz Slisz, Tomasz Makowski czy nawet Tymoteusz Puchacz (spadkowicz z I ligi). Bo grają z seniorami, gdzie gra się intensywnie, bardziej w bezpośrednim kontakcie itd. 

 

Jasne, że wybór jest w Polsce dość ograniczony, kluby zalane są przeciętnej klasy obcokrajowcami, dla młodych Polaków brakuje miejsc, ale… lepiej chyba szukać tutaj niż drogi na skróty.