Mecz 4 rywalizacji półfinałowej Arki z Anwilem toczył się przy rekordowej jak na Włocławek (w historii!) frekwencji 3963 widzów, w atmosferze wielkich emocji, a po spotkaniu kibice Anwilu nie wychodzili z hali, będąc w amoku i euforii jakby włocławianie zdobyli już kolejne mistrzostwo. Pełne szaleństwo! Ale w tym meczu to nie zawodnicy z Włocławka, mimo że zwycięzcy, byli najlepsi.


Najlepszy tego dnia był amerykański rozgrywający Arki James Florence. W trzech pierwszych meczach tej serii Florence był dobrze pilnowany i trafił tylko siedem trójek łącznie. W czwartek we Włocławku wszedł na wyższy poziom artylerii. Jego niesamowite rzuty z 8, 9, a nawet 10 metrów w dużej większości wpadały do kosza. Amerykanin trafił osiem z 14 trójek, zdobył 38 punktów, z czego 20 w drugiej połowie. Komentując ten mecz porównałem jego rzuty z dystansu do strzałów z moździerza, bo tak wysokim łukiem potrafi rzucać Florence.


Strzały z moździerza, gdzie pocisk idzie mocno w górę i później opada niemal pionowo w cel, mają to do siebie, że źle wykonane mogą uszkodzić wojsko, które je wykonuje. Pytanie brzmi, czy zawodnik wykonujący aż 26 rzutów z gry w jednym meczu, nawet jeśli trafił więcej niż połowę z nich (jak Florence we Włocławku), nawet jeśli zdobył 38 punktów, nie uśpił reszty swojego zespołu. Czy nie spowodował, że świetnie lecące pociski poleciały z wiatrem wprost na własne szeregi? Do niego samego trudno mieć pretensje. Robił co mógł, walczył do końca. I choć spudłował dwa rzuty „ostatniej nadziei” dla Arki w końcówce, najpierw za trzy, a później za dwa, to w jego grze nie było nic, do czego można się przyczepić.


Za to nie wiadomo, czy Arka nie zyskała by więcej, gdyby rytm złapali inni. W tym meczu zdołał cokolwiek więcej zrobić jeszcze tylko drugi z liderów gdynian Josh Bostic. 16 punktów, w tym pięć w ostatniej kwarcie, to jednak też poniżej jego średniej z sezonu. Inni wykonywali pojedyncze akcje.


Oczywiście, koszykówka tak teraz wygląda, że gwiazdy rzucające z daleka, bardzo daleka i z ekstremalnego daleka często wygrywają mecze. Jedno, dwa trafienia więcej i Arka mogłaby być w finale. Ale nie jest. Czy będzie w niedzielę? Rzuty z daleka Jamesa Florence’a będą na pewno. Ale Anwil to taka drużyna, która lepiej rozkładała w meczach 3 i 4 siły, a cała grająca dziewiątka na pewno czuje, że przyłożyła się do sukcesu. W kluczowych momentach różni zawodnicy Anwilu dotykali piłki, wielu z nich wykonywało ważne rzuty, a liderzy drużyny - Ivan Almeida i Kamil Łączyński - długo patrzyli na to z ławki.


Która szkoła wygrywania zwycięży? Czy pojedynczy mistrz moździerza czy dziewięciu równych? Nie ma odpowiedzi. Trzeba będzie poczekać do niedzielnego wieczoru i meczu 5 tego fascynującego półfinału.


Obrazek dnia: Garbacz wyszedł z okopu


Jakub Garbacz z Arki Gdynia był rewelacją poprzedniego sezonu Energa Basket Ligi, ale w tym - po wzmocnieniu składu, grał dużo mniej. W półfinale w trzech pierwszych meczach zagrał łącznie 2 minuty i 49 sekund, z czego z czego w meczach 2 i 3 łącznie 28 sekund. Tymczasem w czwartkowym meczu został z okopu wezwany do boju przez generała Przemysława Frasunkiewicza, dostał zdecydowanie więcej minut na boisku i świetnie z nich skorzystał.


Największym tego wyrazem była akcja w 29. minucie meczu, kiedy 25-letni skrzydłowy Arki dostał piłkę na skrzydle, świetnie minął spóźnionego obrońcę i z impetem zapakował piłkę do kosza z góry ponad głową broniącego rozpaczliwie Walerija Lichodieja. To był na pewno jeden z najlepszych wsadów w tym sezonie, ale też - jedyne punkty innego niż James Florence zawodnika Arki w tej kwarcie…
Adam Romański, Polsat Sport

 

Czwartek w półfinale play-off Energa Basket Ligi:


Anwil Włocławek - Arka Gdynia 90:85, stan rywalizacji 2:2, mecz 5 w niedzielę w Gdyni, transmisja w Polsacie Sport o godz. 19.45


Wcześniej zakończona rywalizacja:


Polski Cukier Toruń - Stelmet Enea BC Zielona Góra 3:0, Polski Cukier Toruń awansował do finału.