Po raz pierwszy drużyna ze stolicy regionu świętokrzyskiego zawitała do niemieckiej Kolonii w 2013 roku, jeszcze pod wodzą Bogdana Wenty. W fazie pucharowej kielczanie w 1/8 finału LM wyeliminowali węgierski MOL-Pick Szeged (25:26, 32:27). W ćwierćfinale ich rywalem był Metalurg Skopje. Mistrzowie Polski najpierw pokonali rywala na jego terenie 27:25, by w rewanżowym meczu w Hali Legionów wręcz zdemolować przeciwnika 26:15.

 

Pierwszym przeciwnikiem podczas Final Four była słynna Barcelona. Mimo ambitnej postawy VIVE uległo mistrzowi Hiszpanii 23:28. Ta porażka nie załamała polskiego zespołu, który w meczu o trzecie miejsce, co uznano za sporą niespodziankę, pokonał gospodarzy turnieju niemiecki THW Kiel 31:30. Osiem bramek dla mistrzów Polski zdobył w tym spotkaniu żegnający się z kieleckim klubem Serb Rastko Stojkovic, a siedem Ivan Cupic. Polska drużyna utarła w ten sposób nosa Marko Vujinowi. Serbski zawodnik popularnych „Zebr” w jednym z wywiadów przed tym turniejem powiedział, że VIVE jest zbyt słabym zespołem, aby grać w Final Four. Pogromcy drużyny Wenty nie zdobyli tytułu, przegrywając w decydującym meczu z innym niemieckim zespołem HSV Hamburg.

 

Ten sukces kielecka ekipa powtórzyła dwa lata później. W drodze do Kolonii VIVE wyeliminowało Montpellier Handball (29:25, 31:33) i Vardar Skopje (22:20 i 33:31), ale w losowaniu par półfinałowych ekipa z Kielc znów nie miała szczęścia, ponownie napotykając na swoje drodze drużynę z Barcelony. Kielczanie i tym razem ulegli Hiszpanom 28:33, ale porażkę odbili sobie w meczu o trzecie miejsce, gdzie ich rywalem, jak dwa lata wcześniej, był zespół z Kilonii. Ówczesny hegemon Bundesligi i tym razem okazał się słabszy, przegrywając 26:28. Niemcy nie potrafili znaleźć sposobu na świetnie dysponowanego Karola Bieleckiego, zdobywcy dziewięciu bramek.

 

Rok później kielczanie na trwałe wpisali się do kronik światowej piłki ręcznej. Po drodze do Kolonii w fazie pucharowej najpierw VIVE okazało się lepsze od Mieszkowa Brześć (32:28, 33:30), by później stoczyć dwa "dreszczowce" z niemieckim Flensburg-Handewitt. Na wyjeździe był remis 28:28, a w Hali Legionów polska ekipa wyszarpała awans wygrywając 29:28. Pierwszym rywalem podczas Final Four był naszpikowany gwiazdami Paris Saint-Germain. Mimo że zdecydowanym faworytem była ekipa Mikkela Hansena i Nikoli Karabatica, to górą byli mistrzowie Polski (28:26), co zgodnie okrzyknięto sensacją.

 

W pamiętnym finale rywalem kielczan był Telekom Veszprem. Przez większą cześć meczu węgierski zespół był zdecydowanie lepszy, prowadząc na kwadrans przed końcem dziewięcioma bramkami. - Oglądałem to spotkanie w telewizji. W 45. minucie chciałem już wyłączyć telewizor. Tego, co stało się później nie potrafiłem zrozumieć – wspominał wydarzenia sprzed lat obecny zawodnik PGE VIVE Białorusin Arciom Karalek.

 

W szoku byli także węgierscy fani, którzy już szykowali się do świętowania sukcesu. Świętokrzyska ekipa nie mając nic do stracenia zaczęła grać jak natchniona. Kielczanie doprowadzili do remisu w regulaminowym czasie gry, po drodze nie wykorzystując jeszcze dwóch rzutów karnych. Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia i o wszystkim zadecydowały rzuty z linii siódmego metra. Decydujący karny wykorzystał hiszpański obrotowy Julen Aginagalde i na parkiecie rozpoczęło się świętowanie największego sukcesu w historii polskiej klubowej piłki ręcznej. Piłka, która wtedy trafiła do bramki węgierskiej drużyny po rzucie Aginagalde jest teraz ozdobą jego kolekcji. - Mam ją w domu w Kielcach. Ale miejsca jest dosyć, druga piłka też się zmieści – powiedział z uśmiechem kołowy 16-krotnych mistrzów Polski.

 

Jednak o powtórzenie tamtego sukcesu będzie niezmiernie trudno. Z drugiej strony mało kto spodziewał się, że chłopcy Tałanta Dujszebajewa w ogóle zagrają w tym roku w Lanxess Arena. Zespół trzebiony kontuzjami przez cały sezon pokazał jednak prawdziwy charakter. Po zajęciu czwartego miejsca w grupie A kielczanie w 1/8 finału pokonali Motor Zaporoże (33:33, 34:29), a w ćwierćfinale po raz kolejny znaleźli sposób na PSG. W Hali Legionów Thierry Omeyer i spółka nie mieli nic do powiedzenia przegrywając aż 10 bramkami 24:34. W Paryżu co prawda mistrz Francji wygrał 35:26, ale nie wystarczyło mu to do awansu.

 

Podobnie jak i trzy lata temu mało kto wierzy w to, że kielczanie mogą wygrać Ligę Mistrzów. - Może i nie jesteśmy faworytem, ale na pewno do Kolonii nie jedziemy na wycieczkę. Walczymy o swoje marzenia- podkreślił Aginagalde.

 

 - Do Kolonii jedziemy walczyć o tytuł. Chcemy zrobić coś specjalnego. Nie mamy nic do stracenia – dodał serbski bramkarz Vladimir Cupara.

 

W sobotę w pierwszym półfinale PGE VIVE zmierzy się z Telekomem Veszprem (godz. 15.15), a w drugim Barca Lassa zagra z Vardarem Skopje.

 

TERMINARZ FINAL FOUR LIGI MISTRZÓW