Obserwowanie reprezentacji pod wodzą Jerzego Brzęczka jest dysonansem poznawczym nawet dla wytrawnych koneserów. Spoglądając w tabelę dojdziemy do wniosku, że jesteśmy europejską potęgą, patrząc na boisko nabieramy wątpliwości, czy ta drużyna w ogóle ma styl i dokąd zmierza.

 

W cztery dni Polacy przebyli drogę od zespołu, która serwuje nie dającego się oglądać knota (mecz z Macedonią Północną), do ekipy, która przenosi kibiców w stany głębokiej euforii. Do tego stopnia, że ci, którzy kilkanaście godzin temu mówili o ostatecznym upadku koncepcji Brzęczka, są teraz w stanie uznać Polaków za faworyta turnieju głównego.

 

To, co wydarzyło się ostatnimi dniami, nie jest ani siódmym niebem, ani tragedią, wobec której należy rwać włosy z głowy. Ustaliliśmy przecież na starcie, że nie awansować z takiej grupy na mistrzostwo jest po prostu niemożliwe. Zmieniły się jedynie okoliczności, zmieniające naszego najgroźniejszego rywala z Austrii na Izrael. A ile wart jest Izrael w stanie najwyższej próby, zobaczyliśmy w poniedziałek na PGE Narodowym. Konstatując, raczej niepokoić niż cieszyć powinno nas to, że Polacy w kilka dni zaprezentowali dwa skrajne oblicza.

 

Kibice się radują, piłkarze na szczęście są w stanie głęboko refleksyjnym. Zdają sobie sprawę, że jeszcze nie nadali swojej drużynie charakteru, że wciąż poszukują stylu, że najlepsze dopiero przed nimi. Najważniejsze, co płynie z wysokiej wygranej, dotyczy jednak personaliów i kwestii strategicznych.

 

Po pierwsze, Polska na powrót potrafi odnaleźć się w grze z dwoma napastnikami. Coraz mniej sporna pozostaje też kwestia, kto obok Roberta Lewandowskiego ma zająć miejsce w pierwszej linii, i że jest to Krzysztof Piątek. Po drugie, w kontekście Piotra Zielińskiego wreszcie nie mówi się tylko o jego potencjale (najczęściej niespełnionym), ale realnej wartości, jaką wniósł do zespołu. Po trzecie, to pierwsze spotkanie od dawna, w którym znów możemy mówić o kręgosłupie (Łukasz Fabiański, Kamil Glik, Grzegorz Krychowiak, Lewandowski) wokół którego buduje się reszta.

 

Ale spójrzmy na to chłodno; w eliminacjach tych nie dowiemy się prawdy ostatecznej o polskim zespole. Doceniając naprawdę dobry mecz naszego zespołu powtórzmy, że żaden z rywali nie zapewni nam właściwej weryfikacji. Nie zrobią tego także towarzyscy przeciwnicy, choćby byli z najwyższej światowej półki.

 

Polscy piłkarze przemkną przez te eliminacje jak burza i awansują na przyszłoroczną imprezę jako jedni z pierwszych. Bardzo szybko zostanie im to jednak zapomniane, bo podstawą oceny zawsze będzie turniej. W obecnej dyspozycji niezwykle trudno odpowiedzieć, czy biało-czerwonym bliżej katastrofy z mundialu w Rosji, czy pięknych chwil z Euro 2016.