Niedzielny, piaty mecz finału EBL był meczem twardym, pełnym błędów, walki z kontuzjami i własnymi słabościami. Po wygranej 74:70 (obie drużyny zdobyły najmniejszą dla siebie liczbę punktów w tej rywalizacji) wiele było głosów, że to była koszykówka brzydka. Tak jednak musi być, kiedy w kolejnym spotkaniu trenerom trudno wymyślić coś nowego, ale także wśród zmęczonych i często kontuzjowanych graczy wykrzesać na kamieniu iskry entuzjazmu.


Dlatego czasami kluczowa jest cierpliwość. Na przykład cierpliwość trenerów dla swoich zawodników, którzy nagle odkrywają w sobie nowego ducha, którego trener nie chciałby jednak oglądać nawet w snach. W decydującej czwartej kwarcie meczu 5 mieliśmy właśnie takie zmagania z obcymi duchami, a wygrał zespół, który spokojniej wrócił do swoich atutów.


Najpierw z demonami walczyli torunianie. Mając przewagę pod koszem, sporo dobrych akcji tego dnia właśnie spod obręczy, nagle postanowili w czwartej kwarcie, że wygrają mecz trójkami. Ale one nie wpadały i wpadać nie chciały, przy trzy- czy pięciopunktowej przewadze Polskiego Cukru.

 

Skąd ten pomysł? - Kiedy pojawia się kilka punktów różnicy, coś w głowie mówi ci, rzuć trójkę, dobijesz ich, będzie po meczu - tłumaczył ten mechanizm w pomeczowym #StudioAdRom Max na YouTube Michał Chyliński, tego dnia ekspert Polsatu Sport, ale na co dzień znakomity wciąż koszykarz, ostatnio w Argedzie BMSlam Stali Ostrów Wlkp. Chyliński wie, co mówi, sam był cztery razy w finale i został mistrzem Polski w 2014 roku z Turowem Zgorzelec, niejedną trójkę w życiu już rywalom zaaplikował.

 

Mniej więcej równolegle włocławianie też postanowili grać wbrew swoim atutom w tym finale i zaczęli grać uparcie pod kosz. Stamtąd nie trafiali praktycznie tak samo, jak Polski Cukier za trzy. Trener torunian Dejan Mihevc - bodaj najbardziej niewidoczny, nie oceniany, nie dostrzegany uczestnik tego finału - doczekał się jednak skutecznej odmiany. Musiał też przetrzymać kilka pokus, jak choćby tę, żeby nie korzystać więcej z mającego problemy z kostką Roba Lowery’ego, który biegał i rzucał jak zwykle dynamicznie, ale w przerwach między akcjami cierpiał widoczne dla wszystkich katusze.

 

W ostatnich czterech minutach Polski Cukier zaczął grać tam, gdzie Anwil miał mocno miękkie podbrzusze. Kilka cierpliwych, dłuższych akcji pod kosz sprawiło, że ten okres gry torunianie wygrali 10:5 i to wystarczyło do zwycięstwa.


Cierpliwość objawiała się także w tym, że Polski Cukier uparcie dążył do powielenia elementów, które dały wygraną we Włocławku trzy dni wcześniej. Miał znów sporo zbiórek w ataku (16), a także wymusił aż 17 strat Anwilu. Cierpliwie także torunianie czekali, aż coraz bardziej zmęczony rywal postawi obronę strefową. Cierpliwie dogrywali także piłki do swoich centrów, kreując na najlepszego strzelca Cheikha Mbodja.


Teraz wyszło na to, że Polski Cukier jest świetnie przygotowany, mimo że optycznie wszyscy eksperci ciągle nawołują do jeszcze większej aktywności graczy pod koszem. Ale tu cierpliwie tworzona jest równowaga. Każdy z zawodników czekał też na swoją szansę i każdy ją dostał. W niedzielę dla torunian punktowało dziesięciu, żaden nie zagrał dłużej niż 28 minut. Każdy coś wniósł i tylko dwóch nie dołożyło się do świetnego dorobku 24 asyst przy 29 koszach z gry i 14 wolnych.

 

Torunianie wygrali dwa kolejne mecze w finale 2019 i potrzebują już tylko jednej wygranej, żeby świętować pierwsze w historii mistrzostwo. Kolejny mecz w środę we Włocławku, ale tam na pewno nikt sobie nie wyobraża, żeby rywale zza miedzy mogli świętować mistrzostwo na włocławskim parkiecie. Wygląda na to, patrząc na przebieg niedzielnego meczu, że włocławianie muszą zrobić coś niecierpliwego, coś zmienić, bo sił ubywa, a liderzy stają się bardzo czytelni dla rywala.

 

Wcale nie jest więc wykluczone, że jeśli torunianie będą cierpliwi i powtarzalni w swoim sposobie gry, włocławska znakomita widownia będzie musiała przełknąć tę gorzką pigułkę.

 

Obrazek dnia: Cel z góry po akcji idealnej

 

Mecz niedzielny był dość brzydki, ale nawet w brzydkim meczu między Polskim Cukrem Toruń a Anwilem Włocławek są zawsze momenty znakomitej koszykówki. Taką w ataku pokazali na przykład w czwartej kwarcie torunianie. Kiedy próbowali na początku kwarty zbudować przewagę, zagrali praktycznie idealną akcję. Rozgrywał najpierw Rob Lowery, później piłka trafiła do Łukasza Wiśniewskiego, który po podaniu i zasłonie Cheikha Mbodja wszedł szybko pod kosz kozłując, wymusił pomoc w obronie i podał do wbiegającego pod kosz Aarona Cela. Wsad zakończył piękne dzieło.


Kilka minut później Anwil co prawda wyszedł jeszcze na prowadzenie, ale ta idealna akcja zakończona przez Cela pokazała torunianom drogę. I najważniejsze akcje w końcówce wyglądały, jak potrzebowali torunianie. Z mijaniem z obwodu i rzutami spod kosza.

 

Niedziela w finale play-off Energa Basket Ligi:

 

Polski Cukier Toruń - Anwil Włocławek 74:70

 

Stan rywalizacji (do czterech wygranych) 3:2, szósty mecz w środę we Włocławku. Transmisja w Polsacie Sport o 17:00.

 

Terminarz pozostałych meczów finału (do czterech zwycięstw):

 

Mecz 6: 12 czerwca (środa), Anwil Włocławek - Polski Cukier Toruń, Polsat Sport, godz. 17.00
Ewentualny mecz 7: 14 czerwca (piątek), Polski Cukier Toruń - Anwil Włocławek, Polsat Sport, godz. 19.30

 

WYNIKI I TERMINARZ EBL