Bokserski świat oniemiał, gdy Fury, pod koniec 2015 roku pokonał w Duesseldorfie Władimira Kliczkę i odebrał mu trzy mistrzowskie pasy. Ale królem wagi ciężkiej był krótko, poza ringiem toczył bowiem inną, znacznie trudniejszą walkę i niewiele brakowało, by ją przegrał. Doping, narkotyki, alkohol, postępująca depresja i chorobliwa wprost otyłość brały górę nad nowym mistrzem.

 

– Najczęściej kładłem się spać z nadzieją, by się już nie obudzić – mówił w wywiadach. Stracił pasy, coraz częściej pojawiały się informacje, że „Król Cyganów” nie wróci już na ring.

 

Schedę po nim szybko rozdysponowano. Pas IBF zdobył praktycznie bez walki Charles Martin, o pas WBO walczyli w Nowej Zelandii Joseph Parker z Andy Ruizem Jr i zwycięzcą ogłoszono tego pierwszego. Później Martina znokautował Anthony Joshua i wziął się za unifikację tytułów. Z Parkerem wygrał na punkty, Kliczkę który wrócił na ring pokonał przed czasem i zgarnął kolejny pas (WBA), który był w stawce tego pojedynku.

 

Pas WBC pozostawiony wcześniej przez starszego z braci Kliczków, Witalija, od stycznia 2015 roku należał do Deontay’a Wildera. I wciąż nic się w tej kwestii nie zmienia. Nawet Fury, gdy już wrócił na ring, tego nie zmienił, choć był bliski szczęścia. Gdyby nie padł na deski w ostatniej, 12 rundzie pamiętnej walki w Los Angeles, to on byłby dziś mistrzem WBC, a tak orzeczono remis i tytuł został przy Amerykaninie.

 

Tyson Fury po raz pierwszy zaszokował świat, gdy pokonał młodszego Kliczkę. Po raz drugi, gdy to co zdobył szybko stracił, ale to nie było jego ostatnie słowo. Gdy mówił, że jednak wróci i jeszcze pokaże co potrafi, patrzono na niego z politowaniem. A on miesiącami nie wychodził z sali treningowej.

 

- Robiłem to z miłości do boksu – powie później. Pokazał że można wrócić znad przepaści, wygrać walkę z depresją. Zgubił 135 funtów (60 kg), znów zaczęły go cieszyć małe rzeczy. – Mam 11 treningów tygodniowo i znów czuję, że żyję – mówił, gdy po 924 dniach przerwy wracał na ring.

 

Cały bokserski świat cieszył się wraz z nim, ale gdy po dwóch wygranych pojedynkach z Seferim i Pianetą podpisał kontrakt na walkę z Wilderem pukano się w czoło. A on się śmiał i obiecywał wygraną. I naprawdę niewiele zabrakło, by dotrzymał słowa. Owszem, leżał dwa razy na deskach, ale wstawał i był lepszy od Wildera. Nie jest przypadkiem, że teraz, gdy Joshua stracił pasy, sensacyjnie przegrywając z Andy Ruizem Jr, dziennikarze magazynu The Ring, właśnie jego, nie Wildera, uznają za najlepszego w wadze ciężkiej.

 

A on puszy się w swoim stylu i krzyczy, że jeśli przegra w Las Vegas z Tomem Schwarzem, to odchodzi na emeryturę, choć przecież podpisał kontrakt na 100 mln dolarów z telewizją ESPN.

 

W boksie wszystko jest jednak możliwe, choć kolejna sensacja na zawodowych ringach jest mało prawdopodobna. 29-letni Niemiec mierzy wprawdzie prawie dwa metry wzrostu i jest niepokonany, ale rok starszy Tyson jest od niego wyższy i ma znacznie większy zasięg, nie mówiąc o umiejętnościach i doświadczeniu. Pracę nóg Schwarza chwali sam trener Tysona, Ben Davison, ale prawda jest taka, że jeszcze nie mierzył się z kimś takim jak Fury, a walki z Las Vegas oglądał tylko w telewizji. Inna sprawa, że Fury też w Las Vegas nie walczył, ale toczył pojedynki o najwyższym ciężarze gatunkowym w innych, sławnych miejscach

 

- Nie zamierzam się spieszyć. Jestem w kwiecie wieku, nigdy nie czułem się sprawniejszy, silniejszy niż teraz – mówił w ubiegłym roku. Teraz jest ostry jak brzytwa, na sparingach przed walką z Tomem Schwarzem, bawił się ze sparingpartnerami jak z dziećmi. Czy to samo zrobi z potężnym Niemcem ? Odpowiedź w weekend w Las Vegas.

 

Transmisja z walki Tyson Fury - Tom Schwarz w nocy z soboty na niedzielę od godz. 4.00 w Polsacie Sport.